W trakcie treningu można zastąpić trenera, ale fizjoterapeuty już nie

2015-09-11 12:00:00 (ost. akt: 2016-02-18 10:51:19)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Podziel się:

Z Pawłem Fajdkiem spędzam więcej czasu niż z własną żoną. Praktycznie mieszkamy ze sobą, ale w oddzielnych pokojach - śmieje się Radosław Hojszyk, fizjoterapeuta naszego mistrza świata w rzucie młotem.

— To jak było z tym medalem Pawła Fajdka? Przepił go czy zgubił? W internecie pojawiły się memy z takimi informacjami na temat naszego złotego młociarza.
— Nie wierzę w to, że Paweł mógł zrobić taką rzecz. Wiem ile pracy włożył w ten występ i jak bardzo profesjonalnym jest zawodnikiem. W to, że go zgubił mogę uwierzyć. Impreza rangi mistrzowskiej to ogromne wydarzenie i mnóstwo zamieszania w jego trakcie. Mistrzowie w lekkiej atletyce są tak samo popularni jak profesjonalni piłkarze. Tym bardziej w takim kraju jak Chiny.

— Nie byłeś z Pawłem Fajdkiem w Pekinie?
— Nie. Oglądałem jego występ w telewizji.

— Stresowałeś się w trakcie oglądania występu Pawła Fajdka czy byłeś pewien występu swojego zawodnika?
— Oglądałem występ Pawła i miałem pewność, że poradzi sobie w konkursie. Pierwszy rzut był tylko na zaliczenie. To są mistrzostwa świata i poza dyspozycją z całego sezonu ważny jest element psychologiczny. Dlatego pierwszy rzut był po to, żeby nie spalić, a w kolejnych byłem pewien, że uda mu się rzucić powyżej 80 metrów. Po tym co robił w trakcie sezonu taki rzut, to była tyko formalność. Tak też się stało. Można być najlepszym zawodnikiem w skali całego roku, ale kilka spalonych rzutów może zagotować głowę sportowca. Napięcie było, bo w końcu z Pawłem spędzam więcej czasu niż z własną żoną. Niestety. Praktycznie mieszkamy ze sobą, ale w oddzielnych pokojach (śmiech)

— Czyli jesteś też psychologiem i przyjacielem dla swoich podopiecznych?
— Na pewno tak. Nie zajmuję się tylko pracą jako fizjoterapeuta, ale również rozmowami. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu, a na zgrupowaniach praktycznie ze sobą mieszkamy. Dlatego moja praca nie ogranicza się wyłącznie do fizjoterapii. Na tyle na ile potrafię, to pomagam moim zawodnikom w radzeniu sobie ze stresem i oczekiwaniami. Jest wielu zawodników posiadających predyspozycje fizyczne, ale najlepszych cechuje to, że mają najsilniejszą głowę.

— Jak wygląda praca z mistrzem świata w lekkiej atletyce?
— Rutyna wygląda w ten sposób, że o 8.30 jest śniadanie. Później zawodnicy wracają do pokoju. Mogą odpoczywać przed ćwiczeniami, albo przygotowywać się do nich w pokoju. Treningi zaczynają się o 10.30. Codziennie są dwa treningi: rano rzuty, a popołudniu trzy razy w tygodniu siłownia i trzy razy sprawność. Po treningach pracuję z zawodnikami nad regeneracją, prewencją oraz nad aktualnymi dolegliwościami bólowymi, które u zawodowych lekkoatletów występują praktycznie stale. Czasami z większym natężeniem czasami z mniejszym, moją rolą jest to, żeby te dolegliwości nie uniemożliwiły przeprowadzenie pełnych obciążeń na treningach. Na treningu pomaga w rozgrzewce i koryguje obciążenia. W trakcie jest również zabezpieczeniem. Niestety nie było mnie, kiedy trener Cybulski został trafiony młotem. Zawodnicy poradzili sobie i pomogli trenerowi przed przyjazdem karetki. Fizjoterapeuta musi w trakcie treningu udzielać pierwszej pomocy w przypadku kontuzji. Muszę być kiedy zawodnik skręci na przykład staw skokowy.

— Często zdarzają się takie niebezpieczne sytuacje w czasie treningów i zawodów?
— Z młotem jest jak z karabinem. Raz na tysiąc rzutów linka zakręci się wokół słupka ograniczającego rzutnie i młot może spaść w nieoczekiwanym miejscu. Trzeba mieć się cały czas na baczności.

— Ile waży taki młot?
— Młot startowy waży 7,26 kg. Paweł rzuca też treningowo takimi o wadze 6,7 i 9 kilogramowymi. Rzuca też ciężarkami o wadze nawet 20 kilogramów.

— Wcześniej pracowałeś w Lechu Poznań. Na czym polegała tam twoja praca?
— Tak. Pracowałem tam na początku mojej przygody fizjoterapią. Jest to na tyle ciekawa praca, że nazywam ją przygodą. W Lechu zajmowałem się dietą zawodników, suplementacją i jako najmłodszy fizjoterapeuta pomagałem bardziej doświadczonym kolegom.

— Wolisz pracę z piłkarzami w profesjonalnym klubie czy z atletami?
— Lekka atletyka daje możliwość kontaktu z większą ilością przypadków. Każdy z fizjoterapeutów pracujących dla Polskiego Związku Lekkiej Atletyki pracuje z różnymi zawodnikami podczas zgrupowania. Przed mistrzostwami świata pracowałem też z Kamilą Lićwinko, która zajęła w Pekinie czwarte miejsce w skoku wzwyż w Pekinie, biegaczami, juniorami czy zawodnikami z innych dyscyplin rzutowych, takich jak rzut oszczepem, który jest ciężką i kontuzjowaną dyscypliną. To miało wpływ na zmianę mojego miejsca pracy. Poza tym chciałem pracować jako samodzielny fizjoterapeuta i w pełni odpowiadać za opiekę nad zawodnikami. Bardzo dużo nauczyłem się w Lechu Poznań i jestem bardzo wdzięczny wszystkim ludziom, których tam poznałem.

— W jakim miejscu i z jakimi zawodnikami chciałbyś pracować docelowo w swojej karierze? Masz takie wymarzone miejsce pracy?
— Nie chciałbym pracować do końca życia w sporcie. Jest to wspaniała praca dająca mnóstwo satysfakcji, ale jest obciążająca czasowo. Od grudnia do maja jestem trzy tygodnie na zgrupowaniu i tydzień w domu. Jest to największy koszt pracy w sporcie. Nawet w Lechu Poznań tak było. Ludziom się wydaje, że to lekka praca. Jeden trening i to wszystko. Jest niestety inaczej, bo zajęcia rozłożone są w ciągu całego dnia. Tak naprawdę trudniej jest zastąpić fizjoterapeutę niż pierwszego trenera. W trakcie treningu może go zastąpić asystent, a w przypadku fizjoterapeuty takiej możliwości nie ma. Żaden klub sportowi nie pozwoli, żeby z zawodnikami pracował ktoś, kto nie jest związany z klubem. Tak naprawdę pracując w zespole piłkarskim mamy tylko cztery wolne weekendy w roku, które można sobie zaplanować.

— Sam też trenowałeś sport.
— Grałem w Stomilu osiem lat w drużynach juniorskich. Cieszą mnie wyniki olsztyńskiego klubu i uważam, że ma on potencjał, żeby grać w ekstraklasie.

— Nie chciałbyś popracować z piłkarzami Stomilu?
— Z tego co wiem fizjoterapeuci dobrze sobie tu radzą, to fachowcy. Nie ma sensu zmieniać niczego w tej maszynie. Dobrze pracuje mi się z Pawłem Fajdkiem i innymi zawodnikami. Dzięki tej pracy zwiedziłem już kawałek świata.

— Poznań to tak na stałe?
— Myślę, że tak. Chciałbym założyć tu rodzinę. Oczywiście odwiedzam w miarę możliwości Olsztyn i mam tu rodzinę, ale chciałbym jednak mieszkać w Poznaniu i z tym miastem wiążę swoją przyszłość. Uważam jednak, że Olsztyn to miasto z bardzo dużym potencjałem, które dzięki uniwersytetowi i inwestycjom, to miasto z ogromnym potencjałem.
Michał Krawiel

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB