Nie wyobrażam już sobie soboty bez tego psa!

2017-06-29 13:13:28 (ost. akt: 2017-06-29 13:54:15)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Podziel się:

Bieg na 6 łap. Zaczęło się ponad 4 lata temu w Olsztynie. Teraz biega już cała Polska. Nie odwiedziłeś jeszcze schroniska? Przyjdź i nie będziesz chciał wyjść. Pęd biegu cię wciągnie, tak jak wciągnął i mnie.

Już tak mam, w miejscu nie usiedzę. Sport i to zdrowe zmęczenie, które daje bieganie to dla mnie podstawa. Potem człowiek lepiej wygląda, lepiej się czuje i dzięki wyrobionej kondycji szybciej może przemieszczać się z miejsca na miejsce, co daje spory zapas czasu na inne czynności. Poza tym lubię zwierzęta, a nie mogę mieć swoich. Nie kupię samojeda, z którym będę brała udział w konkursie psich zaprzęgów. Nie nabędę też swojego charta, z którym mogłabym się ścigać. Zastanawiałam się czy sport i „cudze” zwierzęta można jakoś połączyć? I tak wpadłam na „Bieg na sześć łap”. Akcję, w której miłośnicy aktywności fizycznej biegają z psiakami ze schroniska. Każdy bierze z klatki zwierzaka, którego chce i idzie z nim do lasu? Czy muszę mieć ze sobą swoją smycz, a może kaganiec? Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Na Turystyczną, gdzie znajduje się olsztyńskie schronisko, jechałam z duszą na ramieniu.

Widok schroniska już przy samej bramie przyjemnie mnie zaskoczył. Kilkadziesiąt uśmiechniętych osób w przeróżnym wieku, niektórzy z nich w koszulkach z logo akcji, prowadziło na różowych mocnych smyczach wesołe merdające ogonami psy. Stanęłam w niemałej kolejce. Za chwilę pracownicy schroniska przyprowadzili mi młodego, ufnie patrzącego prawie posokowca.
– Tylko proszę go za bardzo nie nadwyrężać. Jest krótko po zabiegu. Maksymalnie pół godziny biegu, potem już spokojny chód. Byle do 14 wrócić - z pokorą przyjęłam instrukcje.

I poszliśmy…, a nawet chcąc nie chcąc pobiegliśmy, bo Bemol chwilę po opuszczeniu swojego boksu nie należał do najspokojniejszych. Na początku ciągnął jak oszalały, nie w głowie mu było oszczędzanie się po operacji. Ale gdy pierwsza szaleńcza euforia po opuszczeniu klatki minęła, pies zaczął spoglądać mi w oczy z większą uważnością, widać było, że chce współpracować. Do wyboru mieliśmy dwie trasy: biegową i spacerową. Obydwie świetnie oznaczone, więc moje obawy o to, że wezmę psa, pójdę w las i się zgubimy, okazały się bezpodstawne. Na początku wybraliśmy tę pierwszą. Próba wspólnego joggingu była dość nieudana. Pies był młody i rozbrykany. Bardziej obchodziło go skręcanie w las i penetrowanie okolicznych wertepów niż ustabilizowany bieg w jednym kierunku. Dałam mu się wyhasać i zaspokoić ciekawość. Po 20 minutach spróbowaliśmy znowu. Wolny spokojny trucht. O dziwo Bemol jakby już wiedział, o co chodzi.

Gdy utrzymywałam stały rytm, on starał się go trzymać ze mną. Gdy zmieniałam tempo nie uniknęliśmy szarpania i napinania smyczy. Powoli uczyliśmy się siebie. Gdy zeksplorowaliśmy trasę biegową, poszliśmy zgłębić spacerową. A tam ciekawostki: powalone konary drzew, a następnie rzeka! Bemol nie omieszkał się w niej umoczyć. Do schroniska wróciliśmy o ustalonej porze pełni wrażeń i ochoty na więcej. On po łzawym pożegnaniu poszedł odpoczywać. Od tej pory w schronisku zaczęłam bywać regularnie. Bemol krótko potem poszedł do adopcji. Było mi smutno, ale i wesoło. Ta sama historia powtórzyła się z moim następnym psem Pikselem. Biegaliśmy ze sobą około miesiąca. Przed pracą kilka razy w tygodniu udawało mi się wsiąść na rower - 20 minut i byłam w schronisku. Piksel był młodym zamaszystym psem, nieraz dał mi niezły wycisk. To z nim zrobiłam swój biegowy rekord. Do schroniska zawsze wracaliśmy szczęśliwi i zlani potem. Endorfiny szalały.

Dziś z czasem jest różnie, ale są inni, którzy uszczęśliwiają czworonogi. Mariusz Witkowski biega ze schroniskowym Cezalem. Historia typowa - przyszedł na jeden ze zorganizowanych biegów i już został. Przypadkowo trafił wtedy na siedmioletniego Cezala, ale nieprzypadkowo trenuje z nim do dziś. Kilka tygodni temu, gdy za przebyte kilometry jedna z firm ubezpieczeniowych wpłacała pieniądze na rzecz schroniska, pan Mariusz przebiegł z Cezalem....bagatela 30 kilometrów!
- Cezal urzekł mnie swoją energią i niespożytymi siłami. Zaprzyjaźniliśmy się, bo zarówno on jak i ja poważnie podchodzimy do wyzwań - opowiada. - Trzy lata temu zacząłem nieśmiało biegać, żeby trochę schudnąć, a teraz przygotowuję się do Maratonu Berlińskiego. Jak zaczynałem, nigdy nie sądziłem, że w przyszłości będę miał takiego miłego psiego towarzysza. Na co dzień pracuję w Grudziądzu, tylko weekendy spędzam w Olsztynie. Nie wyobrażam sobie już soboty bez tego psa - podkreśla biegacz.
Agnieszka Porowska

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB