Rzeźnik - sprawdzian dla par

2017-07-04 12:00:00 (ost. akt: 2017-07-03 11:19:46)

Autor zdjęcia: Foto IrmaS

Podziel się:

Ten bieg górski do najłatwiejszych nie należy. Dla zawodników to prawdziwe wyzwanie. Ela i Jarek Cieśla zmierzyli się z wymagającym dystansem i pokonali 80 km bieszczadzkim szlakiem.

Co takiego jest w Bieszczadach i Biegu Rzeźnika, że was tam ciągnie?
Ela: To przede wszystkim wielka przygoda. Czujemy się jak Drużyna Pierścienia, która ma do wykonania bardzo ważną misję. Po drodze widzimy
zmieniający się krajobraz, góry zasnute mgłą, porośnięte krzakami, chaszczami i krzewami wąskie ścieżki, niewielkie jeziorka oraz przecinające ścieżkę strumyki. Wiemy też, że gdzieś za drzewami, być może niedaleko, obserwuje nas żbik, ryś, a może nawet sam niedźwiedź. Po prostu jest to bajkowa, magiczna kraina, do której chce się ciągle wracać, tak jak dziecko ma ochotę, by rodzice czytali mu ciągle tę samą bajkę. Poza tym Bieg Rzeźnika to wyścig, w którym startuje się w parach. My jesteśmy drużyną na każdej płaszczyźnie życia, więc te zawody są po prostu stworzone dla nas.

To bieg w parach. Jak się przygotowywaliście i co było najtrudniejsze?
Jarek: Przygotowania to nie tylko trening fizyczny, ale również podejście mentalne i logistyka. Przede wszystkim ustalenie celu i powiedzenie sobie nawzajem, czego jedno oczekuje od drugiego. I to naszym zdaniem jest podstawa, bez tego nic by nie wyszło. Jeśli chodzi o trening, to głównie skupiliśmy się na poprawieniu siły. Były więc ćwiczenia na schodkach, biegi w terenie oraz domowa ,,siłówka” z hantlami. I oczywiście sporo biegania. Bieg Rzeźnika odbywa się na bardzo zróżnicowanym i wymagającym terenie. Trzeba być przygotowanym na różne nieoczekiwane wyzwania, także te pogodowe. W tym roku podczas biegu było mnóstwo błota, ślisko i niebezpiecznie na szlakach. Najtrudniejsze jest chyba wybranie jednego tempa, bo przecież każdy w czym innym czuje się lepiej. Ela woli szybko biec po płaskim terenie, a ja lubię góry, zwłaszcza zbiegi, nawet najbardziej strome. Grunt to mieć w sobie empatię i wiedzieć, czego w danym momencie to drugie potrzebuje. Ważne jest też podzielić się obowiązkami w czasie biegu. Jedno np. trzyma tempo i pilnuje czasu, a drugie odpowiada za ,,kuchnię”, czyli dba, aby we właściwym czasie przyjmować pożywienie.

Czy Rzeźnik pokazał jakieś słabości?
Jarek: Mnóstwo, ale też te najmocniejsze strony, czyli zgranie ze sobą. To był nasz najlepszy bieg pod względem mentalnym oraz w kontekście współpracy. Mimo fizycznego zmęczenia, bólu mięśni, to czuliśmy ogromną radość na mecie. Żadnych pretensji czy wyrzucania sobie czegokolwiek, bo to w ogóle nie ma sensu. Natomiast, zawsze staramy się omawiać co moglibyśmy poprawić i już zaczęliśmy nad tym pracować.

Bieg to także ludzie i wspólne pokonywanie barier. Jak wyglądają relacje?
Ela: Na ten temat można by napisaćcałą książkę. Widzieliśmy na trasie, jak ludzie nie dobrali się pod względem wytrzymałości, jak się denerwowali, krzyczeli, kłócili i obrażali na siebie. Słyszeliśmy opowieści, że rezygnowali z dalszego biegu wcale nie z powodu kontuzji. Po prostu coś nie wypaliło i mieli siebie dość. Największą trudnością tego biegu jest to, że biegnie się w parze. Przed pierwszym naszym Rzeźnikiem dyrektor biegu zapytał nas,
czy na pewno chcemy razem wystartować, bo często bywa tak, że po zawodach pary się rozstają. Wiele osób po Rzeźniku uważa, że to nie dla nich i już więcej nie decydują się na start w nim. Oczywiście, widzieliśmy głównie genialną współpracę, pomoc jeden drugiemu, motywowanie się i wspieranie. Nie tylko wśród par, ale także okazywanie chęci pomocy innym biegaczom, czyli teoretycznym rywalom. Co czuliśmy po dotarciu na metę? Że nadal bardzo się lubimy i nie wyobrażamy sobie startu w Biegu Rzeźnika z innym partnerem. I już planujemy kolejny start za rok.

Skąd ten fenomen biegów górskich i na dystansach ultra?
Ela: Tam jest po prostu nieco inna atmosfera niż podczas biegów na krótszym dystansie. W tych drugich wszystko odbywa się szybko, ludzie niby ze sobą rozmawiają, ale tak naprawdę skupieni są na starcie, potem odebranie nagród i do domu. Takie biegi określamy mianem trzy razy P, czyli Przyjechał, Pobiegał i Pojechał. Zawody ultra są dłuższe. Trzeba więc zanocować. Piękne i malownicze tereny np. w górach powodują, że niektórzy zostają na dłużej, aby móc jeszcze pozwiedzać. Przyjeżdża się całymi rodzinami i z przyjaciółmi, a pobyt ma charakter pikniku. Panuje większy luz. Ultrasi nie mówią o wynikach ani o tym, że mogli pobiec szybciej, bo to nawet nie wypada, nie napinają się na życiówki. Spotykają się ludzie z całej Polski i bardzo chcą pogadać ze znajomymi z drugiego krańca kraju. Rozmowom nie ma końca, a każdy ma wiele do powiedzenia. Ukończenie biegu jest dla każdego niesamowitym sukcesem i pokonaniem własnych słabości. Nieważne, na jakim miejscu. Poza tym na takich zawodach można pokonać tego, kto ma lepszy wynik w maratonie. Na ultra po prostu liczy się charakter, spryt, zmysł logistyczny i chęć przeżycia przygody.
Monika Nowakowska

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB