Jeździł na rowerze, by schudnąć, dziś bierze udział w mistrzostwach świata

2017-07-10 10:13:41 (ost. akt: 2017-07-10 22:20:36)

Autor zdjęcia: Arch. prywatne

Podziel się:

Paweł Kowalkowski to górski maratończyk rowerowy mieszkający w Olsztynie. Gdzie góry, gdzie Olsztyn, chciałoby się rzec... Jednak dla chcącego nic trudnego.

Zaczęło się dość niewinnie — wujek zabierał małego Pawła i jego brata na
wycieczki rowerowe. To wtedy za komunijne pieniądze kupił sobie rower szosowy, który zabrał mu zresztą, brat ogłaszając, że to on będzie kolarzem. Stało się jednak inaczej. Brat został fizjoterapeutą, a to Paweł profesjonalnie jeździ na dwóch kółkach.
— Oglądałem wyścigi i nie chcąc być gorszym od brata postanowiłem też zacząć jeździć — wspomina. — Wszyscy się wtedy uśmiechnęli pod nosem, bo były to czasy, gdy byłem niezłym pulpetem. Miałem 13 lat, ważyłem tyle co teraz, a byłem przecież kilkadziesiąt centymetrów niższy. Nic nie zapowiadało, że w tym sporcie mógłbym odnosić jakiekolwiek sukcesy... — opowiada.

Paweł to jednak człowiek honorowy i zdeterminowany. Poważnie podszedł do swojej nowej roli i trzy lata ścigał się na szosie. Waga od razu poleciała w dół. Dość nieoczekiwanie dla siebie samego dostał się wtedy do kadry województwa, brał udział w wyścigach ogólnopolskich, jednak bez większych sukcesów.
— Byłem typowym średniakiem, zawsze gdzieś tam w połowie stawki. Nie było to zbyt motywujące. Doszło do tego, że po trzech latach przestałem w ogóle jeździć. Nie było pewne, my kiedykolwiek wsiądę jeszcze na rower – przyznaje.

Paweł zajął się nauką, z małej podlubawskiej miejscowości przyjechał na studia inżynierskie do Olsztyna. I żyłby sobie może jak niefrasobliwy popijający piwko i zajadający się kebabami student, gdyby nie to, że pewnego dnia stanął na wadze.
— Przeraziłem się nie na żarty. Waga pokazała 87 kilo przy wzroście 175 cm. Trzeba się było ratować z opresji. Postanowiłem wrócić do kolarstwa — opowiada.

Żeby było ciekawiej i trudniej, zaczął trenować kolarstwo górskie. 2008 rok to jego pierwsze zawody w Żyrardowie. Nie poszło mu najlepiej, był dwusetny, ale od tej chwili wiedział, że będzie robił wszystko, aby sukcesywnie poprawiać swoje wyniki. Od 2009 zaczął jeździć w drużynie Centrum Rowerowe Olsztyn Team.
— Spotkałem tam ludzi, którzy mi pomogli i wspierali w walce o coraz lepsze wyniki. Gdy zaczynałem, było nas około pięciu, teraz zbliżamy się do trzydziestki aktywnych kolarzy — podkreśla z dumą.

W tym momencie Paweł jest najbardziej utytułowanym zawodnikiem klubu. Zdaje się jakby tego nie zauważać. Mimo że mieści się w dziesiątce najlepszych maratończyków górskich w kraju, nie czuje się gwiazdą.
— Gdybym uprawiał inny sport, np. taką piłkę nożną, w tym momencie byłbym w pierwszej jedenastce i zarabiał tyle, co oni, to może sodówka uderzyłaby mi do głowy. Ale uprawiam mniej popularną dyscyplinę, w której nie ma takich nakładów finansowych. Można by psioczyć i narzekać, że inni sportowcy mają lepiej, ale niczego to nie zmieni. Trzeba po prostu robić swoje — rezolutnie wyjaśnia.

Paweł wyjazdy na zgrupowania ma sfinansowane, sprzęt, na którym jeździ również. Ale o pieniądze na jedzenie i noclegi, musi zatroszczyć się sam. Dlatego przedsiębiorczy sportowiec założył swoją działalność: zajął się trenowaniem innych, a także, uwaga: bike fittingiem. Paweł jest pierwszą osobą w naszym województwie, która się tym profesjonalnie para. Cóż to takiego?
— Kolarz i rower powinni stanowić całość. Przeprowadzam wywiad, mierzę, ważę i w oparciu o to ustalam odpowiednią pozycję na rowerze, tak aby zawodnik czerpał jak największe korzyści z jazdy — tłumaczy. — Każdy z nas ma inną budowę, źle dobrane siodełko czy nieodpowiednia wysokość kierownicy może poważnie zaszkodzić. Ja stoję na straży, by nic złego się nie wydarzyło. Znam się na jeździe, na rowerach, pokonałem przecież tysiące kilometrów. Ludzie mi ufają i chętnie oddają się w moje ręce — podkreśla.

Czy Pawłowi marzy się jeszcze wielka, międzynarodowa kariera? Bierze przecież udział w zawodach rangi międzynarodowej. Właśnie wrócił z mistrzostw świata w Niemczech odbywających się w Singen. Chwila odpoczynku i przyspiesza tempo, aby powalczyć o wyniki w mistrzostwach Europy.
— Nie jestem naiwny, zdaję sobie sprawę, że mieszkając w Olsztynie, nie
mam szans na takie treningi jak ci mieszkający w górach. Oni zawsze będą lepsi, co nie znaczy, że mam zrezygnować. Mogę liczyć na 2-3 górskie zgrupowania w roku. Resztę muszę wyjeździć po naszych warmińskich trasach, np. wypuszczając się na Olsztynek. Ale na tyle, ile jestem w stanie trenować w górach, moje wyniki są całkiem zadowalające — mówi.

Czy planuje przeprowadzkę?
— Nie myślę o tym. Rower to nie tylko rozbijanie się po górskich maratonach, jest też wiele innych alternatyw, jak choćby właśnie trenerka i bike fitting.
Wszystko brzmi ciekawie, wyjazdy, zgrupowania na wysokościach, a przy okazji zwykłe olsztyńskie, odległe od gór życie. Patrząc na Pawła, chłopak nie wygląda na takiego, który wciąż pamięta, że uprawia bardzo kontuzjogenny i niebezpieczny sport.
— Owszem, czasami trochę się boję, ale na co dzień staram się o tym nie myśleć. Rower stał się całym moim życiem, potrafię odpoczywać od niego maksymalnie siedem dni. I nawet to, że mam blachy w obydwu barkach, nie jest w stanie mnie do niego zniechęcić! — przekonuje Paweł Kowalkowski.
Agnieszka Porowska




Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB