Chodzimy z kijkami, bo kijki to samo zdrowie

2017-07-17 12:00:00 (ost. akt: 2017-07-17 12:11:52)
Państwo Szymańscy i kolekcja ich medali

Państwo Szymańscy i kolekcja ich medali

Autor zdjęcia: arch. prywatne

Podziel się:

Przejść na emeryturę i dopiero wtedy zacząć karierę sportową? Małżeństwo Lucyna i Stefan Szymańscy pokazują, że to możliwe. Codziennie rano biorą kije w dłonie i ruszają przed siebie. W tym momencie nie ma na nich mocnych, są niekwestionowanymi mistrzami w swojej dziedzinie.

— Sami siebie nazywamy zakręconymi, bo przecież trzeba być naprawdę nieźle zakręconym, żeby jechać gdzieś 600 km, żeby się przejść 5 km, prawda? — ze śmiechem zaczyna swą opowieść pan Stefan. Państwo Lucyna i Stefan Szymańscy z podolsztyńskich Kieźlin właśnie wrócili z kolejnych zawodów Pucharu Polski Nordic Walking, które odbyły się 8 lipca w Polanicy Zdroju. I jak zwykle — chciałoby się powiedzieć — zajęli tam pierwsza miejsca, każde w swojej kategorii. Emeryci są liderami Pucharu Polski. Pani Lucyna startuje w kategorii chodziarzy z orzeczeniem o niepełnosprawności, pan Stefan to przedział 70 plus. W tym roku udało im się nie spaść z podium, nie było nawet trzeciego miejsca. Ich dystans to 5 km.

Wszystko zaczęło się dość niewinnie, jakieś 10 lat temu. — Odkąd przeszliśmy na emeryturę zaczęliśmy jeździć do sanatorium do Łeby — opowiada pani Lucyna. — Miałam niemało problemów ze zdrowiem. Swego czasu była nawet mowa, że wkrótce mogę przestać chodzić, lekarze grozili wózkiem inwalidzkim — wspomina, wskazując na stojące w kącie laski.

W nadmorskim kurorcie dostali wybór: rehabilitacja poprzez chodzenie z kijami lub gimnastyka. Wybrali to pierwsze. Początki nie były łatwe. — Wzięłam te kije i co? Prawie się zniechęciłam. Ciężko było zsynchronizować ciało, prawidłowe chodzenie z kijami, zwłaszcza na początku wymaga wielkiego skupienia i uwagi. Z boku może wyglądać to dość lekko...cóż tam, wziąć w ręce dwa patyki i się przejść, ale profesjonalne podejście do tego sportu wymaga sporego wysiłku — opowiada pani Lucyna.

Najpierw trenowali tylko prywatnie, dopiero dwa lata temu wystartowali w pierwszych zawodach. W tym czasie zdążyli się stać prawdziwymi ekspertami.
— Bardzo ważna jest technika: najpierw pięta, potem podeszwa, następnie palce. Ręka musi chodzić jak wahadło, niedopuszczalne jest zginanie jej w łokciu — podkreśla pan Stefan.
Małżeństwo codziennie trenuje chodząc w olsztyńskim Lesie Miejskim. Muszą mieć naprawdę poważne powody, żeby nie wybrać się na codzienną przechadzką — w domu zatrzyma ich tylko ulewa lub wielki mróz. — Na swojej drodze spotykamy wielu ludzi teoretycznie „po fachu”. 80 proc. napotkanych z kijami chodzi nieprawidłowo metodą na pająka, z kijami do przodu. Na prawdziwych zawodach od razu zostaliby zdyskwalifikowani — tłumaczą.

Nauczeni doświadczeniem państwo Szymańscy starają się ich instruować. — Przeszliśmy setki kilometrów, wysłuchaliśmy rad wielu trenerów, więc coś już wiemy o chodzeniu z kijami. Niestety nie wszyscy chcą słuchać — dodają gorzko.
Para w latach wzmożonej pracy zawodowej nie była zbyt aktywna sportowo. — Zawsze zajmowały nas miliony spraw. Byliśmy urzędnikami, radnymi, sołtysami, aktywistami społecznymi. Człowiek całe życie ganiał, żeby nie nawalić w pracy, żeby kupić samochód, żeby wysłać dziecko na angielski. Sport nigdy nie był naszym priorytetem, ale jak widać na wszystko przychodzi pora. Przeszliśmy na emeryturę zawodową i zaczęliśmy karierę sportową. To dość niespotykana kolejność prawda?— śmieją się zgodnie.


Nie tylko sam sport, ale również atmosfera, która panuje na zawodach, zaczarowała państwa Szymańskich. Na jedne zawody, niezależnie czy to Puchar Polski, Puchar Pomorza czy Puchar Bałtyku, potrafi przyjechać nawet kilkaset osób z całego kraju, w różnym wieku, z różnymi dysfunkcjami. To najlepiej pokazuje, że nordic walking to sport dla każdego.
— Nie ma takiego człowieka, który nie mógłby chodzić. W zawodach często startują ludzie pokrzywieni, z artretyzmem. Wtedy nie chodzi o wyniki. Najważniejsze jest, że ludzie wstają z kanap, że nie dają się przeciwnościom i bólowi, że nie zamykają się w domach — opowiada pani Lucyna. Wszyscy, którym udaje się dotrzeć na metę, są wylewnie witani przez publiczność i przybyłych wcześniej zawodników. — Czeka się do ostatniego zawodnika. Masz ze sobą kije, to już jesteś nasz. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina — mówi pan Stefan.

Para stara się łączyć sport ze zwiedzaniem. Zawody trwają jeden, góra dwa dni, ale oni zawsze interesują się okolicą. Dzięki temu odkryli wiele pięknych zapomnianych miejsc. — Np. taki Barlinek, jest tam piękny pałac. W życiu bym się o tym nie dowiedział, gdyby nie nordic walking — podkreśla pan Stefan.
Państwo Szymańscy mają wielu sympatyków. — W tym momencie kibicuje nam cała gmina Dywity na czele z XV Kołem PZERI Dywity, którego barwy reprezentujemy i którego jesteśmy aktywnymi członkami. Wszyscy członkowie są dla nas ogromnym wsparciem, chcemy im za to ogromnie podziękować — wzruszona para wskazuje na pomarańczowe koszulki z logo organizacji.
W zeszłym roku jeszcze nikt nie wiedział, że startują i odnoszą takie sukcesy. Stając na podium w różnych miejscach Polski czuli się trochę osamotni. Dopiero od tego sezonu mogą pochwalić się proporczykiem, który często powiewa z najwyższego miejsca „pudła”.

— Jesteśmy lokalnymi patriotami i zrobimy wszystko, by ludzie dowiedzieli się, skąd jesteśmy. Są miasta, w których wspólnie trenują całe brygady, my nie mamy lokalnych kompanów. Nie mamy też na naszych terenach żadnych zawodów. To smutne, bo Warmia i Mazury aż się proszą, żeby je w ten sposób promować — podkreślają.

Agnieszka Porowska
a.porowska@gazetaolsztynska.pl

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB