Pójdę boso i pobiegnę też!

2017-07-22 14:00:00 (ost. akt: 2017-07-22 10:35:49)

Autor zdjęcia: arch. prywatne

Podziel się:

Biegacze na emeryturze? W obecnych czasach to nic dziwnego, wielu jest takich. Ale 68-letni Andrzej Pilski zdecydowanie się z nich wyróżnia. Nie dość, że swoją sportową przygodę z bieganiem zaczął dopiero cztery lata temu, to na dodatek... zaczął boso!

- Chodzenie boso zawsze było dla mnie stanem dość naturalnym. W czasach, gdy byłem mały i wychowywałem się w małej podwarszawskiej miejscowości wszystkie dzieciaki od kwietnia do października latały bez butów — zaczyna swą opowieść pan Andrzej. — Był nawet czas, że mama chciała mi kupić sandały, a potem stwierdziła, że nie ma sensu, żebym się wyróżniał — śmieje się wspominając dawne czasy.

Oczywiście z biegiem czasu buty weszły do ogólnego wyposażenia ubioru pana Andrzeja...szkoła, praca, spotkania służbowe. Jednak jakieś 10 lat temu niebiegający wtedy jeszcze biegacz na stałe wrócił do swojego nawyku z dzieciństwa.
— Poszło łatwiej niż się spodziewałem, obyło się bez przeziębień i skaleczeń — opowiada. Od tej pory mężczyzna używa butów sporadycznie. Wiąże się z tym kilka zabawnych sytuacji.
— Raz na przykład nie chciano wpuścić mnie do autobusu. Innym razem ktoś zaoferował swoje kozaki. Generalnie ludzie są do mnie przyjaźnie nastawieni, ale często pytają: po co mi to?

Pan Andrzej tłumaczy, że wybrał ten sposób, aby poprzez poprawę krążenia i zahartowanie organizmu lepiej czuć się samemu ze sobą. Dzięki temu, że ma lepszy kontakt z podłożem, zdecydowanie inaczej odbiera też otaczający go świat. — To wspaniałe uczucie biec po lesie i czuć pod stopami te igły, szyszki i kamyczki. Daje to zupełnie inny ogląd na to jak zbudowana jest nasza rzeczywistość — podkreśla.

Spokojne przebieżki na bosaka po lesie na własnych zasadach i własnym tempem... to można zrozumieć, ale na boso biegać w zorganizowanych zawodach? Pan Andrzej porywa się również na to. Za nim już setki biegów na 5 czy 10 km, w swojej kolekcji ma też maratony. - Oczywiście obydwa na boso i obydwa w Gdańsku — wskazuje na biała pamiątkową koszulkę, którą ma na sobie.
- Zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Na początku, tak jak u wielu, była potrzeba schudnięcia.- Chodziłem na boso, a w pewnym momencie pojawił się problem, żeby te moje własne bose stopy zobaczyć. Po prostu - brzuch niebezpiecznie zaczął zasłaniać widok. Musiałem coś z tym zrobić. Najprościej było zacząć ćwiczyć - wspomina. Pan Andrzej powoli i z głową zabrał się do budowania formy. - Przez lata nie byłem zbyt aktywny. Jeździłem na rowerze i to mi wystarczyło. Nie mogłem więc nagle zacząć się forsować, zwłaszcza że nie byłem już wtedy młodzieniaszkiem, miałem 64 lata — podkreśla. Nie zabrakło jednak konsekwencji - do dystansu 5 km przygotowywał się prawie pół roku metodą "nic na siłę" , a potem poszło jak z płatka...5 km, 10 km, półmaraton, maraton.


Rozbiegała go Anglia, gdzie mężczyzna często odwiedza rodzinę. — Bieganie na wyspach ma dłuższą historię niż u nas. I chyba więcej zwolenników, którzy wcale nie są profesjonalistami, ale od czasu do czasu lubią po prostu dla rozrywki i rekreacji przebiec te kilka mil. U nas jak ktoś już zdecyduje się wystartować w zorganizowanym biegu to stara się wcześniej za wszelką cenę do niego przygotować, boi się być ostatni, boi się kompromitacji. W Anglii przechodzenie z biegu do marszu, a z marszu do biegu to norma. Są tacy którzy się ścigają, są tacy, którzy wlokąc się podziwiają każde napotkane drzewko. Liczy się ruch, zabawa i wspólnota - opowiada. I dodaje:


— Znam wielu ludzi, którzy wybrali się na wyspy jako zasiedziali emeryci, aby tam pilnować wnuków, a wrócili jako biegacze, którzy tylko szukają okazji, żeby czmychnąć na jakieś zawody. Swobodna angielska kultura joggingu zachęca do włączania się w nią — opowiada.

Anglia zafascynowała go luźnym podejściem do sportu i... parakrunami, którego jest kolebką. Są to całoroczne biegi organizowane na dystansie 5 km w różnych miastach na terenie danego kraju. Żeby wziąć w nich udział warunek jest jeden — trzeba być na nogach o 9 rano w sobotę. Dzień tygodnia i godzina zawsze pozostają bez zmian. Uczestnik rejestruje się raz i potem bierze udział w dowolnej ilości biegów w dowolnej lokalizacji na świecie. — W internecie, mimo że mam już pokaźną parkrunową historię, cały czas jestem zapisany jako zawodnik z Winchesteru, ponieważ tam 4 lata temu debiutowałem — opowiada.

Pan Andrzej nie wyobraża już sobie soboty bez parkrunu. Jeździ za nimi po całym kraju. Na koncie ma ich ponad sto. Z tej okazji dostał nawet specjalną koszulkę. Dostaje ją każdy uczestnik po ukończeniu określonej liczby biegowych imprez. — Dzięki niej każdy widzi, że wkroczyłem do parkrunowej arystokracji — puszcza oko biegacz. Liczba podobnych mu biegaczy z roku na rok rośnie. Gdy cztery lata temu się rejestrował, zmieścił się w milionie. W tym momencie baza parkrunowców liczy 4 miliony zarejestrowanych użytkowników. Zaczęło się 11 lat temu w Anglii, teraz w ten sposób biega już Dania, Francja a nawet Rosja. Polska była jednym z pierwszych krajów, które zaadaptowały parkruny. Sobotnią poranną piątkę na rozruszanie weekendu organizują już m.in. Bydgoszcz, Toruń, Warszawa , a także mniejsze miejscowości takie jak Ełk, Tczew czy Cieszyn. Zwłaszcza ten ostatni budzi wielki entuzjazm w panu Andrzeju.

— To coś wspaniałego za jednym zamachem przebiec dwa kraje naraz: Polskę i Czechy, bo właśnie tak zorganizowany jest ten bieg — podkreśla. Z niecierpliwością czeka też na Maraton Solidarności, którego trasa za niecały miesiąc połączy Gdańsk, Gdynię i Sopot. — Lubię takie zwiedzanie poprzez bieganie. Londyn też tak zwiedziłem, biegnąc oglądałem nie tylko Hyde Park, ale też np. Tower Bridge, a gdzieś po drodze zadudnił nawet Big Ban — wspomina z nostalgią.
Jak często i gdzie trenuje? — Dwa, trzy razy w tygodniu po kilka kilometrów wystarczą. Gdy jestem w Olsztynie z Żołnierskiej biegnę na Skandę. Tam szybka kąpiel w jeziorze i z powrotem biegiem do domu. No i raz w tygodniu taka minimum 20-kilometrowa przebieżka, jeśli poważnie myśli się o maratonach. A ja ciągle nie mam dość — podkreśla.


Latem boso trenować powiedzmy "nie tak trudno". Jest sporo biegów, pogoda dopisuje. A co dzieje się zimą? — Zimą jeśli wiem, że będę co jakiś czas wchodził do ciepłego pomieszczenia, to też nie zakładam butów. Parkruny są całoroczne i mam już za sobą taki bieg przy minus 8 st.C. Plan jest taki, że w tegoroczne pierwsze mrozy także wejdę, a nawet wbiegnę boso — śmieje się pan Andrzej.

Agnieszka Porowska
a.porowska@gazetaolsztynska.pl

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB