Albo zmiana stylu życia albo leki... Jest wybór!

2017-10-03 13:25:00 (ost. akt: 2017-10-10 12:51:10)

Autor zdjęcia: arch. prywatne Dariusza Łazickiego

Podziel się:

Kilka lat temu Dariusz Łazicki po badaniach kontrolnych usłyszał od swojego lekarza "No nie, stary, ciśnienie masz takie, że już chyba nie obędzie się bez leków". Problem w tym, że pan Dariusz wcale nie był jeszcze stary.

Natomiast był za gruby. Miał nadciśnienie. Miał trochę ponad czterdziestkę. I miał świadomość, że jest dużo za wcześnie na to, by skazywać się na codzienne odmierzenie czasu tabletkami. Tak robią wiekowi emeryci, a nie faceci w sile wieku. Odłożył więc leki na bok i przyłożył się do sportu. Ciśnienie szybko się unormowało.

Przez te kilka lat, które minęły od wizyty u lekarza, tak się rozkręcił, że trzy tygodnie temu zdecydował się na swój pierwszy bieg z prawdziwego zdarzenia. I to nie byle jaki: wziął udział w Festiwalu Biegowym w Krynicy Zdrój w Małopolsce. Przebiegł 10 km po górach. Upał doskwierał, a w twarz wiał silny wiatr. Nie obyło się bez momentu zwątpienia. — W pewnym momencie miałem dosyć. Ale świadomość, że w Beskidy przyjechałem z kolegą, który wtedy, kiedy ja biegłem swoje dziesięć, on od kilku godzin męczył się w ultramaratonie na 100 km, bardzo mnie mobilizowała. Nie chciałem wyjść na totalnego mięczaka — śmieje się pan Dariusz.

Osiągnął dobry wynik w swojej kategorii wiekowej. Jeszcze lepszy w kategorii open. Był 288. na 1500 uczestników. — Zdaję sobie sprawę, że może to nie brzmieć zbyt imponująco, ale zważając na okoliczności, w jakich przyszło mi wystartować, uważam, że to dobry rezultat — podkreśla.

Mężczyzna zdecydował się wziąć udział w biegu jakieś trzy miesiące przed planowanym startem. — Do tamtego czasu biegałem zupełnie niezobowiązująco. W związku z tym, że jestem mieszkańcem olsztyńskich Redykajn, udawało mi się raz na kilka dni wyskoczyć nad Żbik czy inne pobliskie jeziorko i przebiec około 10 km, ale bez żadnej większej „spiny”. Dopiero, gdy zdecydowałem się z przyjacielem pojechać w góry, postanowiłem zintensyfikować treningi — opowiada.

Pech chciał, że po kilku takich bardziej intensywnych przebieżkach noga odmówiła mu posłuszeństwa. Zaprzestał biegowych treningów.
— Na bieg zdecydowałem się jednak pojechać. Trochę tak z marszu. I wbrew logice. Nie byłem przecież przygotowany. Kilkanaście tygodni pauzowałem. Dotrwać do mety pomogło mi chyba tylko to, że przez te kilka miesięcy sporo pływałem — podsumowuje.
Bo z pana Dariusza to jest już całkiem doświadczony pływak. — Tak w zasadzie to moje wychodzenie „na prostą” zaczęło się od pływania — wspomina.

Gdy okazało się, że stanął przed alternatywą: albo zmiana stylu życia albo leki, mężczyzna szybko popędził na basen. — Miałem o tyle łatwo, że pracowałem wtedy koło Aquasfery. Wstawałem o 5 rano, o 6 byłem na basenie, gdzie pływałem swoje 30 minut dziennie, a potem szybko na 7 leciałem do pracy. Narzuciłem sobie rygorystyczny rytm i konsekwentnie się go trzymałem. W wodzie byłem trzy razy w tygodniu — opowiada. Koledzy z pracy nie dawali mu wielkich szans.
— Śmiali się ze mnie, że tylko na chwilę taki ranny ptaszek ze mnie i że szybko mi się odechce. Ja jednak byłem uparty — mówi. Na basenie szybko pracownicy zauważyli zdeterminowanego pływaka. — Pewnego dnia zaczepił mnie jeden z trenerów i zapytał, czy nie chciałbym dołączyć do sekcji masters. To był dla mnie szok. Ja i masters? Przecież niedawno nie potrafiłem dosięgnąć do stóp, żeby but zawiązać, a teraz zapraszają mnie do grona sportowych profesjonalistów? — pytał sam siebie z niedowierzaniem. Pan Dariusz podjął rzuconą mu rękawicę. Pojawił się na popołudniowym treningu mastersów. I znów przeżył szok. Tym razem mniej przyjemny.

— Okazało się, że w porównaniu z nimi jestem bardzo słaby. Nie dawałem rady kondycyjnie. Oni mieli treningi po 1,5 godziny. Ja pływałem jedną trzecią część tego. Do tej pory wydawało mi się, że pływam dość szybko, a okazało się, że o połowę wolniej niż oni wszyscy. Było mi strasznie głupio, ale nie zniechęciłem się. Nie schowałem głowy w piasek, a dziarsko dałem nura w wodę. Chciałem powalczyć — wspomina. O dziwo, amatorskiego pływaka nie skreślono z listy zaraz po pierwszych zajęciach, twierdząc, że to pomyłka. Wręcz przeciwnie — postanowili go wspierać, by jak najszybciej zniwelować różnice. W ruch poszły wskazówki starszych stażem pływaków i płetwy. — Zmieniłem styl. Nauczyłem się ruszać jak trzeba — dbać o oddychanie i prawidłową postawę. Zwiększyłem treningi do czterech w tygodniu. Po pół roku zacząłem doganiać kolegów — pan Dariusz uśmiecha się na wspomnienie tamtych dni.

Jak szybko organizm zauważył, że pora chudnąć? Czy wszystko poszło błyskawicznie?
— Na początku szło trudno. Pierwsze trzy kilo „dłużyło się” strasznie. Ale po dwóch latach cały balast zniknął — opowiada. Należy zauważyć, że gdyby nie dodatkowe aktywności, takie jak bieganie czy siłownia (tam też można często spotkać naszego rozmówcę) efekty, jeśli chodzi o sam spadek wagi, nie byłyby tak widoczne.

— Pływanie to przedziwny sport. Aktywizuje ponad 100 mięśni w ciele, o których nawet nie mamy pojęcia, że istnieją, a schudnąć ciężko. Na basenie często mijam pływaków, którzy mimo tego, że nie są zbyt szczupli, potrafią pokonywać wielokilometrowe wodne dystanse. Ja jednak chciałem zrzucić kilka kilogramów — opowiada. Udało się. Panu Dariuszowi kibicowała cała rodzina. Żona jest dumna. Z nią najchętniej spaceruje. Dumne z taty są też dwie dorosłe córki, którym aktywność fizyczna również nie jest obca. Najbardziej lubię wypady nad Jezioro Długie. Córka bierze wtedy rolki, ja buty biegowe i tak sobie kręcimy kółeczka — opowiada. Zamiany ról jednak nie przewiduje. Choć to nie znaczy, że jest zamknięty na nowy sport.

Bieganie, pływanie...ten zestaw aż prosi się o rower. Czy pan Dariusz nie myślał o triathlonie? Okazuje się, że i do tego robił już przymiarki.
— Raz poszedłem na spotkanie triathlonistów. Zobaczyłem profesjonalne, drogie rowery i specjalistyczne pianki. To nie mój świat. Wycofałem się. „Musi" mi wystarczyć moje pływanie, bieganie i siłownia — mówi, niektórzy orzekliby, że z przekorą. A może w przyszłym roku wraz z przyjacielem weźmie udział w ultramaratonie?

— Takich szaleństw też nie planuję. Noga za bardzo mi doskwiera. To cud, że w dniu tego biegu w Krynicy Zdroju po trzech miesiącach niebiegania stanęła na wysokości zadania. Muszę o nią dbać. Jeszcze do niejednego mi się przyda. Choćby do dodawania gazu w samochodzie, w którym ze względu na pracę spędzam mnóstwo czasu — śmieje się pan Dariusz.

Historia pana Dariusza pokazuje, że zawsze jest dobry moment, żeby wziąć się za siebie. Im szybciej, tym lepiej. Wcale nie musimy czekać do pierwszej wizyty lekarskiej, gdzie doktor wytknie nam błędy i zastawi lekami. Są choroby, których można uniknąć.

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział panu Dariuszowi, że będzie śmigał po górach z ponad tysiącem innych zapaleńców i pływał z profesjonalistami nie uwierzyłby. — Był czas, że pogodziłem się z tym, że mam dziesięciokilogramową nadwagę i wystający brzuch, na którym ciężko zapiąć koszulę. Zasiedziałem się i nawet tego nie zauważyłem. Gdy raz w tygodniu wybrałem się, żeby trochę pokopać piłkę z kolegami, uważałem to za wystarczające. Byłem z siebie zadowolony, że coś tam jednak czasem robię, że jestem taki fit. Otrzeźwienie przyszło po tamtej pamiętnej wizycie u lekarza — opowiada. Dziś koszule dalej się nie dopinają. Tym razem w barkach. Tak rozrosły się od regularnych treningów. Ale to chyba akurat żaden wstyd?

Agnieszka Porowska

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB