Nie była nawet niedzielną rowerzystką, a teraz jeździ w triathlonie

2017-11-27 12:52:29 (ost. akt: 2017-11-27 14:09:49)

Autor zdjęcia: arch.prywatne

Podziel się:

Od dziecka lubiła wodę, za to do biegania nie była przekonana. Rower? Tylko okazjonalnie. Teraz z powodzeniem łączy te trzy dyscypliny w triathlonie. Poznajcie pochodzącą z Olsztyna 25-letnią Monikę Chodynę.

Już jako małą dziewczynkę trudno było ją wyciągnąć z jeziora. Być może to sprawka jakiegoś sportowego genu? Jej tata kiedyś też trenował pływanie.
— Ale nie było tak, że mnie do czegokolwiek zmuszał, wręcz odradzał. Mówił, że to ciężki, wymagający pełnego poświęcenia sport — zaczyna swoją opowieść dziewczyna. O tym, jak wielkiego, przyszło się jej wkrótce przekonać.
— Moja przygoda ze sportem zaczęła się dość niewinnie. Jak wszystkie dzieci w ramach wf-u w drugiej klasie chodziłam na basen. Spodobało mi się, więc w trzeciej klasie kontynuowałam naukę w nieobowiązkowej już szkółce, a od czwartej zaczęło się już takie pływanie na całego. Byłam w klasie pływackiej. Mój dzień wyglądał tak: godzina 4 rano — pobudka, od 5 do 7 — trening, potem szkoła, po szkole kolejny dwugodzinny trening. Po 18 byłam w domu. Odrabiałam lekcje i kładłam się spać — wspomina.

I tak przez kilkanaście lat. Nauki wcale nie było mało, Monika po gimnazjum nie wybrała szkoły o profilu sportowym, a I Liceum Ogólnokształcące w Olsztynie.
– Nie myślałam nigdy o Szkole Mistrzostwa Sportowego, bo chciałam wszechstronnie rozwijać się w wielu dziedzinach i wybrać inne studia niż AWF. Nauka zawsze była dla mnie ważna – podkreśla.
Dziewczyna skończyła inżynierskie studia na UWM, kierunek: gastronomia i sztuka kulinarna. Zawsze interesowała ją żywność i gotowanie. — Oczywiście jako sportowiec najbardziej zwracam uwagę na te zdrowe, pełnowartościowe posiłki. Ale nie jestem żadną purystką. Czasem potrafię niezbyt zdrowo w kuchni zaszaleć. Sporo się ruszam, więc i tak to spalę — mówi z uśmiechem. Czas studiów był momentem, gdy na dobre pożegnała się z zawodowym pływaniem. Na jej decyzję złożyło się wiele czynników. — Ambitnie trenowałam, dawałam z siebie wszystko, a wyniki wcale się nie poprawiały, wręcz odwrotnie, zaliczałam regres. Moje seniorskie czasy, bywały gorsze niż jak byłam juniorką. Być może przyczyną tego była, trwająca 3 lata, kontuzja barku, której pływając i cały czas startując w zawodach, nie miałam kiedy wyleczyć — mówi sportsmenka.

Monika gorzko wspomina te czasy.
— To nie tak, że bóle odzywały się tylko podczas pływania lub krótko po nim. W zasadzie bolało mnie przez cały czas. Pamiętam takie dni, że szłam do szkoły z tak potwornym bólem całego ramienia, że ledwie widziałam na oczy. Nie byłam w stanie nawet podnieść ręki do góry — opowiada.
Z zawodowym pływaniem pożegnała się na III roku studiów i zrobiła sobie przerwę w sportowej aktywności. Wyleczyła kontuzję. Trochę chodziła na siłownię, czasami się przebiegła. Wytrzymała tak... kilka miesięcy. — Mam jednak w sobie tego sportowego ducha rywalizacji. Zwykła sportowa rekreacja okazała się dla mnie niewystarczająca — opisuje.
Odpoczywając, dziewczyna z uwagą przyglądała się pracy swojego narzeczonego, który przygotowywał się do triathlonu. Chłopak to też były pływak. Poznali się, trenując jako dziesięciolatkowie, po kilku latach zostali parą. Zgrany duet tworzą i w sporcie, i w życiu.
— Tak, to Sebastian zachęcił mnie do triathlonu. Najpierw do biegania, choć ja na początku nienawidziłam biegać, potem przyszedł czas na rower – opisuje. Jak to możliwe, że ktoś, kto nie przepadał kiedyś za bieganiem, teraz robi to półzawodowo i, tak jak Monika, startuje nie tylko w triathlonach, ale i w biegowych sztafetach?

— Wielu pływaków nie lubi biegać. To z tego powodu, że trening odbywa się w wodzie i na co dzień nie mają za dużo styczności z twardym podłożem. Siła wyporności działa w ten sposób, że pływacy mają naprawdę słabe kości. Nienawykłe do obijania. Początki biegowe dla każdego pływaka bywają ciężkie. Łatwo o kontuzję — opowiada. Ambitnej dziewczynie udało się jednak przełamać, z czasem polubiła bieganie.- Chciałam i wciąż chcę pokonywać własne słabości. A taką dla mnie było bieganie. Starałam się rozważnie robić naprawdę małe dystanse. Choć i do nich się zmusić wcale nie było łatwo. Ale w końcu się wkręciłam — śmieje się dziewczyna.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego Monice bieganie się źle kojarzyło. Podczas długoletniej kariery pływackiej trener zorganizował pływakom kilka treningów biegowych. Po każdym z nich Monika była chora.
— Byliśmy przyzwyczajeni do ciepłego basenowego powietrza,a tu nagle bieganie na dworze. Na dodatek dość sporadyczne, więc nie było nawet jak się zahartować — wspomina.

Jedynym dobrze biegającym pływakiem, jakiego znała wtedy Monika, był jej przyszły mąż. — On zawsze był ten najszybszy. Trenerzy widzieli, że ma predyspozycje do lekkoatletyki. Kiedy wyniki na basenie się skończyły, od razu przeszedł na lekkoatletykę. A skoro miał już opanowane pływanie i bieg, wystarczyło tylko dołożyć rower. Taka była jego droga, a ja dość nieoczekiwanie w końcu podążyłam tą samą — opisuje Monika.
Najpierw dziewczyna tylko obserwowała i kibicowała Sebastianowi. Jak sama mówi, nie widziała się w roli triathlonistki. — Te dystanse biegowe mnie przerażały. Po tylu kilometrach pływania jeszcze tyle biegać? Ale Sebastian mnie namawiał i w końcu mu się udało — opowiada.
Na pierwszy swój start zapisała się na zawody w Olsztynie. To było 3 lata temu. Monika podeszła do sprawy z rozmachem, od razu wybrała najdłuższy dystans. Ten olimpijski — 1,5 km pływania, 40 km rowerem i 10 km biegania. — Start był w maju, a ja decyzję, że będę się przygotowywać podjęłam pół roku wcześniej. Nareszcie, po miesiącach bez rywalizacji postawiłam sobie jakiś cel, do którego chciałam dążyć. To mi dawało niesamowitego kopa! — wspomina. Gdy już było wiadomo, że Monika wystartuje, trzeba było szybko zaprzyjaźnić się z rowerem.

— Wcześniej prawie nie jeździłam. Jako pływaczka nie miałam na to zupełnie czasu. Trudno nawet było nazwać mnie niedzielną rowerzystką — śmieje się. Po pół roku intensywnych, wszechstronnych przygotowań Monika z powodzeniem ukończyła lokalny triathlon.
— Pierwszy sezon jest pod pewnym względem najprzyjemniejszy. Człowiek poprawia się z zawodów na zawody. Wszystko jest takie nowe, poznajesz siebie, swoje możliwości. Wystarczy czasem zmienić jeden element, żeby czas mocno się poprawił — zauważa. Pierwszy triathlon i machina ruszyła. Za Moniką kilkadziesiąt startów.
— Bardzo lubię jeździć do Gdyni. Tam startuję na dystansie 1/2 Iron Mana. Świetna atmosfera, jedne z najlepiej zorganizowanych zawodów w Polsce — ocenia. Gdynia jest dla niej szczęśliwa, to tam udało jej się zdobyć kwalifikacje na Mistrzostwa Świata Amatorów, które we wrześniu tego roku odbyły się... w USA!
— To taki sportowy wyjazd życia, nigdy wcześniej nie startowałam za granicą, a tu od razu drugi koniec świata — wspomina. Co ciekawe rok wcześniej również wzięła udział w Mistrzostwach Świata... ale jako kibic.

— W 2016 roku leciałam do Australii wpierać narzeczonego, który brał udział w zawodach. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że ja za rok też na te zawody polecę. Najzabawniejsze jest to, że nasze role w przeciągu roku się odwróciły. Teraz to Sebastian leciał tylko jako kibic, bo jako zawodnik się nie zakwalifikował. Na jego usprawiedliwienie mogę dodać tylko tyle, że przeszedł na profesjonalizm, a tam są inne zasady kwalifikacji niż u amatorów — dodaje ze śmiechem.
W Ameryce i Australii zaskoczyło ją to, że poziom jest tam zdecydowanie bardziej wyrównany niż w Polsce.
— U nas dobiega zawodnik na metę, mija kilka minut, pojawia się kolejny. Tam w przeciągu jednej minuty po osiągnięciu mety przez pierwszego zawodnika, potrafi się na niej zameldować jeszcze dwudziestu kolejnych sportowców — opowiada Monika w USA osiągnęła świetny wynik. Była 51. w swojej kategorii wiekowej, a startujących w niej było ponad 200.
— To dla mnie duży sukces, zwłaszcza że moja przygoda z triathlonem trwa dopiero trzy lata. W tej chwili jestem jedną z młodszych zawodniczek w swojej kategorii, a na długich dystansach w triathlonie najlepsze wyniki osiąga się między 30 a 35 rokiem życia. — podkreśla. Monika oprócz tego, że sama trenuje, to również podpowiada i uczy też innych przygotowujących się do tego, by zostać triathlonistami. — Razem z narzeczonym prowadzimy triathlonową szkółkę Najmowicz Triathlon. Nauka pływania, ustalanie planów treningowych. Pomagamy od podstaw, pokazujemy, jak zacząć — opisuje. Ale nie tylko triathlonem człowiek żyje.

Monika pracuje na co dzień jeszcze w gastronomi, a kilka dni temu wróciła z Francji, gdzie z grupą olsztyniaków wybrała się, by reprezentować nasze miasto w sztafecie maratońskiej. Zajęli 4. miejsce w kategorii open, a 1. wśród sztafet mieszanych. W sztafecie maratońskiej startuje 6 zawodników, każdy ma do przebiegnięcia swój dystans, który łącznie daje 42 km. Monika biegła 5 km. I odniosła swój kolejny osobisty sukces.
— Udało mi się pobić mój rekord życiowy. Jeszcze nigdy tak szybko nie pokonałam 5 km. Mam nadzieję, że to dobra wróżba na zaczynający się wiosną sezon. Trzymajcie za mnie kciuki! — zachęca z uśmiechem.
Agnieszka Porowska

Komentarze (1)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Łukasz #2384775 | 83.9.*.* 28 lis 2017 15:37

    good job Monia!

    ! - + odpowiedz na ten komentarz