Zumba daje nam szczęście!

2017-12-05 14:17:13 (ost. akt: 2017-12-05 15:28:47)

Autor zdjęcia: AP/MN

Podziel się:

Śmiech i przekomarzania słychać już przy drzwiach szatni, w której przebierają się zumbiarki maratonki. — Tak, jak jest głośno i wesoło, to znak, że zaraz będzie zumba — informuje mnie manager klubu fitness prowadząc do tego szalonego grona.

Nie mają już osiemnastu lat, niektóre z nich są nawet babciami, ale to nie przeszkadza im tańczyć do utraty tchu. Mają fantazyjne, barwne stroje podkreślające sylwetki i naprawdę dużo pozytywnej energii, która prawie rozsadza pomieszczenia.
— My wszystkie kochamy sport, uwielbiamy tańczyć, uwielbiamy się ruszać. To całe nasze życie. Zawsze byłyśmy aktywne, a teraz odkąd powstały takie piękne miejsca jak to — pani Bożenna zręcznym ruchem wskazuje na świetnie wyposażone sale, w których ćwiczą — i są organizowane różnego rodzaju imprezy, eventy i maratony, to naprawdę grzechem byłoby przed telewizorem zalegać w domu — podkreśla kobieta.

Pani Bożenna Oklińska jest aktywną osobą od lat.
— Zaczęło się 11 lat temu (kiedy styl fit nie był jeszcze tak popularny jak dziś) od siłowni. A potem klub, w którym ćwiczę, się rozwijał, a ja razem z nim. Kilka lat temu zaczęłam trenować zumbę i po prostu wciągnął mnie ten energetyczny świat — opowiada.
W międzyczasie dołączyły do niej inne panie. Zdążyły się zaprzyjaźnić i zżyć ze sobą. Spotykają się również poza klubem, zwłaszcza gdy przerwa wakacyjna nie pozwala im razem trenować. Zwierzają się sobie, pomagają w doborze strojów i tych poważniejszych sprawach. Tworzą zgraną grupę, ale każdego nowego witają z otwartymi ramionami. Mają swoje żartobliwe pseudonimy i udawane stanowiska”: Królowa, Gwiazda, Kierownik.

— Tak, każda z nas ma tu swoją funkcję, my chodzimy, ładnie wyglądamy i tańczymy, a Renia ma nam o wszystkich treningach jeszcze przypominać, to taka nasza przypominajka — informuje ze śmiechem Joanna Roplewska.
Pani Asia, jak i większość zumbianego towarzystwa, na tych jednych zajęciach nie poprzestaje. Czwartek o 18 zaczyna zumbą, potem jest uczestniczką jogi i bodyart. Klubopuszcza grubo po 21. Wiele z pań posiada karnety, niektóre z nich wpadają do klubu poćwiczyć jeszcze w weekend.
— Czasem przychodzą tu takie młódki i szybko wymiękają. Skarżą się, że siły nie mają, a my im wtedy mówimy: „Dziewczyny, gdybyśmy my miały wasze lata.... gdyby te wasze lata połączyć z naszym zapałem, to góry byśmy przenosiły i to dosłownie”.

— No co ty gadasz, jakie lata?! Przecież my wszystkie mamy najwyżej trzydziestkę i to ciałem, bo duchem to nie wiem, czy ja już pełnoletność
osiągnęłam — puszcza oko jedna z tancerek.
Jest chwila przed 18. Do szatni wciąż napływają nowe panie. Trwają wylewne powitania.
— Ooo, a to jest nasza pani doktor. Jak ktoś ma kontuzję, kogoś boli noga, to ona od razu interesuje się, leczy i doradza. Reanimacje w razie potrzeby
też pewnie przeprowadzi, więc nie ma co się oszczędzać, tylko dawać czadu, ile wlezie — śmieje się Renata Lubiejewska na widok wchodzącej do szatni delikatnej blondynki. Ta delikatna blondynka to Barbara Samulewicz-Neumann, pracownik katedry chorób wewnętrznych olsztyńskiego UWM.
— Takim prawdziwym doktorem nie jestem, ale oczywiście pomogę każdemu, jeśli tylko trzeba. Na zumbę chodzę 4 lata, ale to nie jest mój pierwszy sport. Jak w latach 90. Jane Fonda wprowadziła na kasetach wideo callanetics, to ja byłam jedną z pierwszych jej oddanych fanek. Później przyszedł czas na aerobic, a potem stepaerobic. Ale nic nie uskrzydlało mnie tak jak zumba. Ja tu po prostu latam, tego się nie da opisać słowami — emocjonuje się kobieta.

Najciekawsze jest to, że na zumbę trafiła zupełnym przypadkiem.
— Byłam zapisana na jakieś zajęcia aerobowe. Weszłam do sali, zaczęło się... i jakiś dziwny aerobic to był. Bardzo roztańczony, ekspresyjny. Spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Przetańczyłam tak całą godzinę, a potem poszłam się dowiedzieć, co to. Usłyszałam: zumba. Okazało się, że pomyliłam sale. I od tej pory to słowo ciągle w duszy mi gra — opisuje obrazowo.
Wszystkie są pod wielkim wrażeniem pani instruktor Joanny Riabczenko.
— Ta kobieta to prawdziwa petarda. Nigdy nie widać po niej gorszego dnia ani zmęczenia. Potrafi tak zmotywować i wciągnąć cię w wir tańca, że zapominasz o całym świecie. Zumba daje nam szczęście! A zumba z panią Asią to już
szczęście podwójne. Wszystko po treningu jest kolorowe — zgodnie podkreślają.

Pani Katarzyna Wiśniewska to kolejna osoba zakochana w tych zajęciach.
— Chodziłam na zumbę to tu, to tam. Nie zawsze mi się podobało... muzyka, energia, ruch — OK, ale to nie wszystko. Tutaj jest naprawdę niesamowity
klimat. I to pani Asia w dużej mierze za to odpowiada — podkreśla.
Chwilę po 18 z sali rozbrzmiewają już głośne, latynoskie rytmy. Panie ustawiają
się przed dużymi lustrami.
— Lustra bardzo pomagają nam w tańcach. Jak pani Asia mówi, że teraz ma być sexy, to od razu widać, czy nam to sexy dobrze wychodzi — rzuca między jedną a drugą seksowną figurą Wiesława Wilczek-Katkowska. Nie bez znaczenia w zumbie jest muzyka.
— Oczywiście musi być skoczna, melodyjna, zachęcająca do potrząsania kuperkiem, ale dobrze, by była też nowoczesna. Z panią Asią mamy taki układ, że jak coś fajnego wynajdziemy, to wrzucamy jej linka i ona się z tym zapoznaje. Bywa i tak, że piosenka dopiero od dwóch dni w radiu leci, a my już do niej tańczymy. Nie przywiązujemy się do staroci, lubimy nowości — opowiadają.

Trening w toku. Aż miło popatrzeć na wirujące panie. Są skupione, a z drugiej strony swobodne. Pełne kobiecości. Z uwagą słuchają instruktorki.
— A teraz ręce w górę, teraz ręce w dół, a teraz dwa razy szybciej. Oleee! — słychać z sali. Po każdym skończonym kawałku trenujące klaszczą, krzyczą, żartują i gratulują sobie wzajemnie. Atmosfera przyjaźni i sportu unosi się w powietrzu.
— Mówiłyśmy, że jak pani tu wejdzie, to pani wsiąknie. To istne hipnotyzujące szaleństwo, Czyż nie miałyśmy racji? — energicznie pytają.
Mają rację. Z sali naprawdę wcale nie chce się wychodzić. Na zewnątrz błoto, śnieg i deszcz. A tu słońce w pełnej krasie. Co ważne — tancerki łączy jeszcze jedno. Swoim tańcem pomagają innym.

— Od jakiegoś czasu organizowane są charytatywne maratony zumby. Staramy się nie odpuścić żadnego. Polegają na tym, że np. jakaś fundacja we współpracy z którymś z klubów fitness zaprasza słynnych instruktorów i przez trzy godziny tańczymy zumbę. Biletem wstępu są charytatywne cegiełki. Płacisz 30 zł i zapoznając się z układami wielu różnych prowadzących, tańczysz do upadłego. Nie ma chyba nic piękniejszego, niż tańcem i zabawą móc pomagać innym — opowiadają.
Na maratony zakładają takie same, ufundowane przez klub koszulki. Są nie
do pomylenia z kimkolwiek innym. Tworzą prawdziwy team, prawdziwą jedność.
Pani Grażyna z panią Kasią brały ostatnio udział w niepodległościowym maratonie zorganizowanym przez Fundację „Przyszłość dla Dzieci”, który odbył się 11 listopada w sali OSiR na Mariańskiej. Gość specjalny, uznany w całej Europie instruktor zumby Łukasz Grabowski wywarł na paniach szczególne wrażenie.
— Tak, chłopak ruszał się jak marzenie. Ciężko był za nim nadążyć — opowiadają. Ale wśród tańczących w klubie mężczyzn brak.
— Chłopaki wpadają i wypadają. Żaden jeszcze nie ostał się na dłużej. Faceci krążą przede wszystkim w rejonach siłowni. Jak sobie chcą, ale wychodzi na to, że my, kobiety, jesteśmy zdecydowanie bardziej wszechstronne i wytrwałe. Girl power! — krzyczą zgodnie.
Agnieszka Porowska

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB