Wciąż szukam nowych wyzwań, bo kto stoi w miejscu, ten się cofa

2018-03-27 09:41:32 (ost. akt: 2018-03-27 09:57:39)

Autor zdjęcia: arch. prywatne/Runmageddon

Podziel się:

Na początku jest tak zawsze... mówisz, że biegniesz tylko dla zabawy, wynik zupełnie cię nie obchodzi. Jednak potem zaczynasz się wkręcać i nie wiesz nawet kiedy z kategorii open przechodzisz do elit — mówi Krystian Filochowski, pasjonat biegu z przeszkodami.

Runmageddon to słowo obecne i ważne w słowniku pana Krystiana od 2015 roku. Jego przygoda z półprofesjonalnym sportem zaczęła się od ćwiczeń na siłowni i poznaniu odpowiednich ludzi, bo, jak podkreśla mężczyzna, w gromadzie łatwiej trenować i się motywować.
— Pochodzę z Nowej Wsi położonej między przepięknymi lasami i jeziorami. Byłem typowym wiejskim dzieckiem — sporo powietrza i ruchu. W letnie miesiące ciężko było mnie ściągnąć z roweru lub wyciągnąć z jeziora. Zimą łyżwy i sanki. Jako uczeń jednak nigdy niczego konkretnego nie trenowałem. Nie było takiej mody i takich możliwości. Na siłownię zacząłem chodzić dopiero, gdy skończyłem szkołę i przeniosłem się do Olsztyna. Bardzo mi się spodobało zwłaszcza, że spotkałem tam ludzi podobnych do mnie — opowiada.

Grupa z siłowni zżyła się ze sobą na tyle, że postanowiła wystartować w organizowanym w 2015 roku w Olsztynie Speed Cross Race.
— To był mój pierwszy bieg z przeszkodami. 6 km i 30 przeszkód. Oczywiście nie myśleliśmy wtedy o wyniku, chodziło o to, by w ogóle dać radę go ukończyć i dobrze się bawić — wspomina.
Po biegu mężczyzna poczuł mały niedosyt. — Te przeszkody, ta różnorodność bardzo mi się spodobały. Zdziwiła i zaskoczyła mnie liczba zainteresowanych tym sportem i sama atmosfera panująca na biegu. Było nas tam chyba z 1000 osób z różnych zakątków Polski — wspomina. Postanowił więc nie przerywać przygody z biegami, tylko poszukać czegoś, gdzie będzie można pokombinować z jeszcze większą liczbą przeszkód. W ten sposób Krystian wylądował na warszawskim Runmageddonie. W 2015 roku zaliczył jeszcze dwa inne biegi.

— Oczywiście na początku startowałem w kategorii open, chodziło tylko o zabawę. W tej kategorii ludzie pomagają sobie pokonywać poszczególne przeszkody, zawsze znajdzie się ktoś chętny do podsadzenia cię, abyś mógł pokonać wielką ścianę — opowiada. Runmageddon to ściany, zasieki, czołganie się pod drutem kolczastym i w błocie. Nietrudno o kontuzję, jeszcze łatwiej o to, by stracić ubranie. Z panem Krystianem los, póki co, obchodził się łaskawie. — Oczywiście jakieś drobne urazy się zdarzają, kilka obtarć i siniaków, ale nie było jeszcze sytuacji, abym z powodów zdrowotnych musiał wycofać się z biegu — wspomina.
A było wiele sytuacji, by nabić sobie przysłowiowego guza. W październiku 2017 roku pan Krystian wziął udział w Ranmageddonie Hardcor w Szczyrku na dystansie 24 km i 70 przeszkód.

To był jeden z jego pierwszych na takim dystansie biegów. Szczególnie trudne było pokonaniu sporego dystansu przez wodę przy temperaturze powietrza niewiele ponad zero oraz długich podbiegów po skalistym terenie. — To był prawdziwy "hardcore"— wspomina. Nie poddając się i walcząc do końca ukończył go ze znakomitym wynikiem: na 57 miejscu na 2400 osób. Następnie już w listopadzie wraz z przyjaciółmi wziął udział w finale ligi Runmageddon w Pabianicach. Ten bieg to niesamowicie skrajne warunki.
— Po drodze odpadali nawet najtwardsi zawodnicy, tacy, którzy zawodowo trenują na co dzień i mają swoich sponsorów — opowiada pan Krystian. Naszemu biegaczowi nie tylko udało się z biegu nie odpaść, ale zająć doskonałe 30 miejsce na 1200 startujących.
— To już była naprawdę ostra gra. Ciekawe jest, że jeszcze dwa, trzy lata temu, gdy zaczynałem, do głowy by mi nie przyszło, że z kategorii open, w której chodziło tylko o dobrą zabawę, zacznę myśleć i walczyć o coraz wyższe miejsca. Od tego roku chcę startować głównie w „elit” — opowiada. „Elit” to już w pełni samodzielny bieg, wszystkie przeszkody musisz pokonywać sam. Tam już trzeba się mierzyć z prawdziwymi twardzielami. — Sam się sobie nieraz dziwię, że tak to szybko się zadziało, że tak szybko zacząłem starty w formie „elit”, gdzie startują same dziki — śmieje się mężczyzna.

Nie ma co ukrywać — przez te ostatnie 3 lata nasz runmageddonista również stał się prawdziwym twardzielem, świadczy o tym choćby fakt, że w ostatnim zimowym runmageddonie w Ełku udało mu się zakwalifikować do Mistrzostw Europy. Przyznano mu też kwalifikacje do Mistrzostw Świata w kat. wiekowych. — W pogoni za runmageddonami zjeździłem całą Polskę. A teraz chcę ruszyć dalej. Jeśli uda mi się zebrać fundusze, to Mistrzostwa Europy, które odbędą się latem w Danii, to będzie mój pierwszy zagraniczny start. Chciałbym też powalczyć w październikowych mistrzostwach świata w Londynie — planuje biegacz.
Mężczyzna oprócz tego, że zawzięcie trenuje, to również pracuje w dwóch miejscach w branżach zupełnie niezwiązanych ze sportem. Właśnie szykuje mu się służbowy wyjazd. Na trzy miesiące przenosi się właśnie do Anglii. Nie oznacza to końca treningów. — Spokojnie, już sprawdziłem miejsce, w której będę mieszkał — mają tam siłownię i z tego, co udało mi się ustalić, organizują nawet jakieś biegi i zawody. Może mój pierwszy zagraniczny start zaliczę szybciej niż mi się wydaje? — zastanawia się pan Krystian.

Praca, sport? Jak to godzić? — Staram się być dobrze zorganizowany. Rano jestem w pracy, wieczorami trenuję — opowiada. Mężczyzna stara się trenować pięć razy w tygodniu, choć czasem się nie udaje. — Nie jestem typem Bóg wie jakiego perfekcjonisty. Potrafię sobie odpuścić. Nie latam wszędzie ze stoperem i obsesyjnie nie mierzę kroków. Sport przestałby być dla mnie przyjemnością — opowiada. Podobną receptę stosuje, jeśli chodzi o dietę. Jak sam mówi, gdyby wszystko miał tak dokładnie sprawdzać i opisywać, to nigdy by się nie zrelaksował, czułby się jak na trzecim etacie.
— W moim środowisku sporo jest osób, które zwracają uwagę na każdą kalorię. Ważą każdy posiłek. Wszystko musi im się zgadzać, co do dekagrama. Ja staram się unikać fast-foodów, słodyczy i po prostu sam sobie gotuję zdrowe jedzenie. Zawsze to lubiłem, za młodu sporo kręciłem się po kuchni, ale tak naprawdę gotować na własnych zasadach nauczyłem się dopiero w Olsztynie — przyznaje pan Krystian.

Jego trening to przeważnie dzień na siłowni, gdzie odbywa intensywny trening obwodowy poprawiający siłę, wytrzymałość, a potem dzień biegania, podczas którego przebiega około 10 km. I tak naprzemiennie.
— Lubię taką różnorodność. Samo bieganie mnie nie kręci. Jak już spróbowałem biegu z przeszkodami, zwykły jogging mnie nudzi. Wiem jednak, że kondycja jest ważna. Na samym treningu siłowym może świetnie pokonałbym przeszkody, ale jak przebiegłbym dystans pomiędzy nimi? — pyta. Dlatego stara się rozwijać w te dwie strony, a tak naprawdę jeszcze w kilka innych, bo pasją pana Krystiana pozostaje jeszcze rower i pływanie.
— Na żaden maraton raczej nigdy nie dam się namówić, ale powoli zaczynam myśleć nad triathlonem Ironman. Tam też dużo się dzieje. Na rowerze jeździć umiem i lubię. Z pływaniem też sobie radzę. Dlaczego by nie spróbować? Trzeba podnosić sobie poprzeczkę. Nie od dziś wiadomo, że kto stoi w miejscu ten się cofa — podkreśla.

Pan Krystian od niedawna odkrył w sobie jeszcze dwie nowe pasje — snowboard i morsowanie. Z przyjaciółmi regularnie odwiedza stok w podolsztyńskiej Rusi. — Jeszcze kilka lat temu do głowy by mi nie przyszło, że uda mi się nauczyć jeździć na desce bez wyjeżdżania daleko w góry. Okazało się, że Olsztyn daje takie możliwości. Dla chcącego nic trudnego — opisuje.
Morsowaniem zaraził się w ubiegłym sezonie i od tej pory się nie zaraża. Nie zaraża się wirusami i bakteriami, bo nowymi pasjami i owszem. — Wszyscy mówią, że do morsowania trzeba dojrzeć i to jest prawda. Gdy kilka lat temu oglądałem kąpiących się morsów myślałem, że to jacyś szaleńcy. Było mi zimno już na samą myśl. A teraz sam się takim szaleńcem stałem — opowiada.

W morsowaniu widzi same plusy i mówi, że nie wie, co by się musiało stać, żeby z niego zrezygnował. — Stałem się bardziej odporny, kondycja i wydolność bardzo mi się poprawiła. I uwielbiam ten stan po morsowaniu. Człowiek czuje się taki ożywiony, orzeźwiony, pozytywnie naładowany — opisuje. Jego morsowanie ma także wymiar towarzyski. — Wraz z przyjaciółmi z SRTG Olsztyn team, z którymi trenuję, przyłączyliśmy się do morsów ze stowarzyszenia „Kąpiący się zimą”. Wchodzimy do wody co niedziela punkt 12, a potem idziemy razem gdzieś pogadać na gofra i kawę. To już taki nasz coniedzielny rytuał, który bardzo lubię. Łączenie przyjemnego z pożytecznym — podkreśla.

Mężczyzna biega, wspina się po linach, przeskakuje ściany. Czołga w błocie i pod zasiekami. Pływa, jeździ na rowerze i morsuje. Z przyjemnością jeździ na snowboardzie. Nie pogardzi łyżwami. Czy jeszcze wyobraża sobie życie bez sportu? — Wyobrazić sobie mogę, tylko w zasadzie po co? Trenując, czuję się szczęśliwszy — podkreśla.
Agnieszka Porowska

Komentarze (0)

Komentowanie wyłączone

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB