Przez 24 godziny... biegał po schodach w górę i w dół

2018-04-28 12:00:00 (ost. akt: 2018-05-10 16:15:06)
Rafał kot

Rafał kot

Autor zdjęcia: archiwum

Podziel się:

Wciąż widzę duże pole do rozwoju — mówi , opowiada m.in. o podwójnym "wbiegnięciu na Mount Everest" oraz udziale w chorwackim 100 Miles of Istria. Z Rafałem Kotem ze Szczytna, popularnym „Góralem z Mazur”, jednym z najlepszych ultramaratończyków górskich w północnej Polsce, rozmawia Kamil Kierzkowski

— Chyba niezbyt lubisz siedzieć w domu, co?
— Można pewnie odnieść takie wrażenie, bo i w tym, i w poprzednim sezonie brałem udział w wielu ciekawych imprezach w różnych stronach Polski. Tym bardziej potrafię jednak docenić chwile wytchnienia, które daje czas spędzony w domu, z rodziną.

— Liczyłeś, ile weekendów spędziłeś ostatnio w domu, a ile śmigając po górach, między innymi w ultramaratonach?
— Podejrzewam, że byłoby to jakoś pół na pół. I nie jest to spektakularny wynik. Są tacy, którzy startują niemal co tydzień, robiąc rekreacyjnie 5-10 km. Z moimi wyjazdami jest trochę więcej zachodu. Dla mnie to często nie wyjazdy, a prawdziwe wyprawy. To nie funkcjonuje na zasadzie: pojechać i wrócić. Trzeba organizować przejazd, zakwaterowanie i wiele innych rzeczy.

— Odnoszę wrażenie, że im bardziej zakręcona impreza, tym sprawia ci więcej radości. Zwykły, „płaski” maraton to nuda?
— Biegi, obojętnie jakie, zawsze wywołują we mnie emocje. Bez znaczenia, czy jest płasko, czy trzeba wdrapywać się na górskie szczyty. Nieważne, ile ukończysz biegów liczących ponad 100 km. Nigdy nie powiem, że tradycyjny maraton (ok. 42 km — red.) to pikuś. To zawsze wyzwanie balansujące — czasem bardziej, czasem mniej — na granicy eksploatacji organizmu.

— Znany jesteś jednak głównie z ultramaratonów górskich. Muszą więc dawać ci więcej zabawy.
— W pewnym sensie można tak stwierdzić. Przychodzi moment, gdy chce się zawiesić poprzeczkę wyżej, ponownie przesunąć granicę własnych ograniczeń. Górskie biegi ultra cenię m.in. dlatego, że mogę dzięki nim nie tylko zmierzyć się z własnymi słabościami, ale i naprawdę wiele zwiedzić. Biegając, obcować z nieskażoną naturą. Bo widok ze szczytu góry to inna liga emocji i wrażeń niż bieganie po mieście. Jakkolwiek piękne i klimatyczne by nie było.

— Jedną z bardziej eksploatujących imprez, w której wziąłeś udział, był styczniowy Marriott Everest Run. Na 41. piętro wbiegłeś aż 102 razy. 24-godzinny bieg po schodach to poważne obciążenie. Nie bałeś się, że złapiesz kontuzję, która wykluczy cię z gry w tym sezonie?
— Nie, choć właśnie tam nabawiłem się kontuzji w pachwinie. Nie sądzę jednak, żeby była to główna przyczyna urazu. Myślę, że wiele innych elementów, wiele innych mikrourazów odkładało się w mięśniach od dłuższego czasu. Takich, których nie byłem świadomy. Wbiegając dwukrotnie na wysokość równą Mount Everestowi, po prostu powiedziałem organizmowi: „Sprawdzam”. I wyszło, co wyszło.

— Nie słychać jednak, żebyś żałował.
— Pewnie, że nie. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, nietypowe wyzwanie. Gdy usłyszałem o tym cyklu, wiedziałem, że muszę spróbować. Ktoś mógłby powiedzieć, że to głupie. W końcu niezbyt normalne wydaje się bieganie przez 24 godziny po schodach...

— Do pobicia rekordu tej słynnej imprezy zabrakło zaledwie 4 wejść. Góralu... czy ci nie żal?
— Trochę żal. Rekord był w moim zasięgu. Warunki w hotelu wiązały się z pewnymi ograniczeniami, nie można było wypuścić na trasę wszystkich jednocześnie. Siłą rzeczy niektórzy rozpoczynali więc później, choć wszyscy kończyli o tej samej godzinie.
Na schody ruszyłem w drugiej fali, mając już na starcie godzinę w plecy. Nie zdążyłem wepchnąć się przy rejestracji do pierwszej, otwierającej imprezę grupy. Przed startem pytałem jeszcze organizatorów, czy byłaby możliwość, bym wyjątkowo mógł wystartować wcześniej. Podczas niektórych imprez zdarzały się takie sytuacje. W tym przypadku zasady okazały się jednak nie do nagięcia.

— Odkujesz się za rok?
— Zobaczymy. Jeśli tylko będzie czas, zdrowie i środki na to, to postaram się poprawić swój wynik i wyśrubować ten rekord.

— Schody to częsty motyw w reklamach maści na ból stawów. Nikt nie proponował ci roli?
— (śmiech) Nie, niestety. Nie wiem zresztą, czy byłbym dobrym kandydatem. Miewam różne kontuzje, ale na bóle stawów nigdy nie narzekałem.

— Pozostańmy przy kasie. W tym sezonie podbijasz nie tylko polskie ultramaratony górskie, ale i zagraniczne. To musi kosztować. Masz już jakichś sponsorów?
— Jestem w trakcie rozmów z pewną firmą. Wiążę z nią pewne nadzieje, ale nie chcę zdradzać szczegółów, zanim oficjalnie nie dogadamy sprawy. Na pewno miałbym dużo łatwiej, jeśli chodzi o zaplecze sponsorskie, gdyby nie kontuzja. Trochę podcięła mi sportowo skrzydła...

— Szczerze? Nie widać. W Chorwacji przebiegłeś 168 kilometrów przez górskie szczyty (prawie 7 tys. metrów przewyższenia). I to w niecałe 34 godziny.
— Wbrew pozorom nie uznaję tego za satysfakcjonujący wynik. Powinno być znacznie lepiej. A gdyby było, to miałbym lepszą pozycję wyjściową w rozmowach ze sponsorami, którzy — jak wiadomo — zainteresowani są zawodnikiem niemal wyłącznie wtedy, gdy ten odnosi same sukcesy, przywozi medale. Wsparcie typowo gotówkowe dla biegaczy w Polsce to jednak bardzo trudna sprawa. Liczyć na nią może jedynie bardzo wąska grupa najlepszych. A i to nie zawsze.

— Myślę, że z wyniku powinieneś być dumny. 143. miejsce na około 300 zawodników. Jedna czwarta z nich w ogóle nie dotarła do mety, choć były to nazwiska znane w całej biegowej Europie.
— To też nie tak, że się nie cieszę. Bo patrząc od tej strony, to oczywiście wyprawę należy uznać za sukces. W końcu wcześniej nie trenowałem prawie przez 1,5 miesiąca. Udział z marszu w najtrudniejszym biegu w dotychczasowej karierze był dla mnie zagadką. Po 120 km miałem kryzys, chciałem zejść z trasy. Udało się jednak go przełamać. Gdybym był jednak w optymalnej formie, całość wyglądałaby zupełnie inaczej.

— Ile musiałeś wyłożyć z własnej kieszeni, żeby wystartować w chorwackiej Istrii?
— Pakiet startowy kosztował 5 stów, przejazd 3 stówy, zakwaterowanie kolejne 3 stówy... Do tego doszło kilka innych rzeczy. Łącznie około 1500 zł.

— Na bieganiu łatwiej zbankrutować, niż zarobić.
— Trochę trzeba było wydać, ale nie żałuję. Miał być to jeden z głównych etapów mojego sezonu. Okazja do porównania polskiej skali trudności z tą obserwowaną za granicą. W Polsce poza Tatrami nie ma aż tak trudnych tras. Mogą być długie, iść w setki kilometrów, ale sama trasa od strony technicznej rzadko bywa jakoś przesadnie trudna.

— W Chorwacji była?
— Była, choć myślałem, że będzie gorzej. Mimo to przez bieganie po ostrych kamieniach znajdujących się na szczytach pociąłem sobie niemal całkowicie buty. Po podeszwie zostało wspomnienie.

— Rozmawiałem trochę z twoimi biegowymi znajomymi. Coraz rzadziej mówią o tobie Rafał. Coraz częściej „Kosmita”. Nie masz czasem wrażenia, że odlatujesz z tym bieganiem?
— Szczęściem w nieszczęściu jest to, że kontuzja sprowadziła mnie na ziemię. Przywróciła mnie do rzeczywistości. W pewnej chwili chyba faktycznie widziałem wszystko w zbyt optymistycznych barwach. Co rusz kolejne wyzwania, poprzeczka wyżej i wyżej... A życie pisze różne scenariusze. Nie zamierzam jednak zwalniać. Po prostu będę biegał bardziej z głową.

— Bieg to znaczna część twojego życia. Co zajmuje ci głowę poza biegiem?
— Obecnie niewiele, bo... szukam pracy. Właśnie rozstaliśmy się z firmą, w której pracowałem od dłuższego czasu. Szykują się więc zmiany. Rozglądam się, rozważam kilka opcji. Na pewno interesuje mnie coś, dzięki czemu nie musiałbym odstawiać biegania na boczny tor.

— Może „Gazeta Olsztyńska”? Wiem, że byłeś kiedyś związany z naszą redakcją.
— Tak, odbywałem praktyki w „Naszym Mazurze”, czyli szczycieńskim tygodniku lokalnym GO. Mile wspominam ten czas, nauczyłem się wielu ciekawych rzeczy. Myślę jednak, że lepiej odnalazłbym się w tym, co robiłem dotychczas, czyli w branży typowo sportowej. Swoje pisarskie zapędy realizuję więc na fanpage'u „Góral z Mazur”.

— Z każdym sukcesem coraz więcej cię w mediach. Czujesz już, że stałeś się rozpoznawalny?
— Może odrobinę. I muszę przyznać, że bywa to całkiem przyjemne. Po przyjeździe do Szczawnicy (rozmawialiśmy 20 kwietnia krótko przed startem w słynnym Niepokornym Mnichu — red.) zaczepiło mnie już kilku zawodników, których wcześniej nie miałem okazji poznać. „O, Góral z Mazur, cześć, śledzę twój profil na Facebooku, widziałem cię też na Zamieci, kiedy wygrałeś”. Tego typu sytuacje. Bardzo sympatyczna kwestia, dzięki której można pogadać z nowymi ludźmi, wymienić się doświadczeniami.

— Dzieciaki nie latają więc jeszcze za tobą, prosząc o autograf?
— (śmiech) Nie, zdecydowanie nie. Jedyna tego typu sytuacja miała miejsce ostatnio, właśnie w Chorwacji. Ale nie wiem, czy to się liczy, bo czatowały za 160 kilometrem, zbierając autografy od każdego, komu udało się tam dotrzeć. Człowiek, choć zmęczony ultramaratonem, musiał znaleźć jeszcze siły na kilka dodatkowych selfie z kibicami.

— W przyszłości ten pierwszy autograf może być sporo wart. Tego ci życzę.
— Wciąż widzę duże pole do rozwoju. Wiem, że jeśli tylko zagra kilka rzeczy, jak, finanse i zdrowie, to mogę osiągać znacznie lepsze wyniki. Bieganie daje mi niesamowitą radość. A to też jest dla mnie szalenie ważne. Bo biegać nie można pod przesadną presją, dźwigając jednocześnie na plecach wielki bagaż oczekiwań. Do tej pory udaje mi się czerpać przyjemność z ultramaratonów i chcę, żeby zostało tak jak najdłużej.

— Zastanawiałeś się nad biegami ekstremalnymi? Runmageddon, Bieg Tygrysa, Ekstremalna Trójka...
— Tak, oczywiście. W kilku z nich nawet spróbowałem swoich sił. W pewnym momencie doszedłem jednak do wniosku, że trzeba się na coś zdecydować. Albo w jedną, albo w drugą stronę. Bo jeśli komuś zależy na tym, żeby biegać bardziej rekreacyjnie, na średnim poziomie, to można bez większego problemu rywalizować w imprezach o kompletnie innych charakterach. Jeśli jednak chce się osiągnąć szczyt, trzeba się zdecydować na specjalizację w danym temacie. Ja postawiłem na ultramaratony górskie.

— Jakie tegoroczne imprezy masz jeszcze na celowniku?
— Planów jest wiele. W Polsce chcę zmierzyć się 1 czerwca ze Stumilakiem (170 km). Później 240-kilometrowy Bieg 7 Szczytów, następnie 330-kilometrowy Beskidy Ultra Trail... Oby dopisało tylko zdrowie.
Z zagranicznych wypadów szykuje mi się na 99 procent Salomon Capadoccia Ultra Trail (bieg po jednej z najpiękniejszych krain na ziemi, wiodącej przez park narodowy w Turcji — red.) oraz maraton we włoskiej Ravennie, gdzie wybieramy się większą paczką znajomych. Żałuję mocno natomiast Tor des Geants, czyli 300-kilometrowego biegu po Alpach. To praktycznie najwyższa półka. Żeby wziąć w niej udział, trzeba mieć jednak nie tylko ponadprzeciętne wyniki, ale i niesamowite szczęście. Ograniczona liczba miejsc powoduje, że o udziale danego zawodnika — a zgłaszają się najlepsi z całej Europy — decyduje losowanie. Niestety w tym roku szczęście mi nie dopisało. Mam jednak nadzieję, że za rok się uda. To jedno z moich obecnych biegowych marzeń.
Rozmawiał Kamil Kierzkowski

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB