Jak jest pod górkę, to potem musi być z górki

2018-06-19 11:01:16 (ost. akt: 2018-06-19 11:55:48)

Autor zdjęcia: arch.prywatne

Podziel się:

Jedzie się szybko, a tu nagle uskok. I albo się leci, albo się frunie, albo się spada, albo diabli wiedzą, co... — tak Natalia Karapuda opowiada o swoich wrażeniach z górskiego wyścigu kolarskiego, który odbył się w okolicach Krakowa. Olsztyńska dziennikarka z World Media Cup w kategorii MTB wróciła z brązowym medalem.

— Dzięki tylu zdobytym już medalom masz zapewne szczególny stosunek do swojego roweru. Nie jesteś niedzielną rowerzystką, która raz na jakiś czas wyskoczy na przejażdżkę na przykład do olsztyńskiego parku Kusocińskiego.
— Akurat po tym parku często jeżdżę, bo mieszkam niedaleko. Więc park to początek i meta wszystkich moich tras. Dla mnie rower to już w tym momencie sposób na pozazawodowe życie. Bez niego już sobie tygodnia nie wyobrażam. Zobacz, bransoletkę mam nawet z rowerami. Żyłka do rywalizacji zrodziła się w grupie, w pracy.

— Pamiętasz swój pierwszy rower?
— Chociaż biorę udział w zawodach dopiero od kilku lat i nigdy żadnego kolarstwa nie uprawiałam i nigdy nie śniłam o tym, że jakieś rowerowe zawody w moim życiu będą miały miejsce, to moje rowery pamiętam dość dobrze. Pamiętam, że miały taką śmieszną przyczepkę na trzech kołach, mój był zielony. Potem niebieski Pelikan, na którym jako małolatka fruwałam po okolicy. Na komunię dostałam — standardowo — Wigry III, bo na Jubilata byłam za mała, gdyż wzrost nigdy nie był moją mocną stroną.
Gdy byłam w piątej klasie, rodzice poszli ze mną na układ, że jeśli dobrze zdam do klasy szóstej, kupią mi wymarzony rower górski. Fioletowy, ciężki Jaguar z rogami — taki, o jakim się już naprawdę marzyło. No i zawsze pasjonowały mnie o BMX-y, bo — choć nigdy takiego nie miałam — zawsze do tych skoków i ekstremy mnie ciągnęło. A ten góral do tej pory stoi u rodziców w garażu, czasem nawet na nim jeżdżę, ale nie zachwycam się nim już tak jak kiedyś — jest strasznie ciężki. Sentyment jednak pozostał.

— A jak trafiłaś na te zawody i stałaś się specjalistką medalistką?
— To było już w czasie pracy w telewizji. Zamieszkałam razem z koleżanką, która miała rower, i zaczęłam kręcić te kilometry — tak typowo rekreacyjnie, czasem podjechałam do pracy, czasem do lasu. W każdym razie nic specjalnego. Ale już wtedy mi się wydawało, że robię nim jakieś olbrzymie odległości (śmiech). Zakup licznika szybko sprowadził mnie na ziemię.
Rower się skończył, bo przyszła zima, a że ja już się trochę na tym rowerze rozruszałam i nie chciałam się zatrzymywać, zaczęłam biegać. Wiosną zainwestowałam w swoje dwa koła. To nadal miała być rekreacja. Chwilę później kolega z pracy Tomek Szeremeta zaproponował rowerowy maraton organizowany przez Czesława Langa w Warszawie. I pojechaliśmy sześcioosobową ekipą z pracy — ja jako jedyna dziewczyna. I to tam połknęłam haczyk rywalizacji. To było 5 lat temu. Mój pierwszy medal w kształcie zębatki mam właśnie stamtąd.

— Jak już zapadła decyzja, że pojedziesz, przygotowywałaś się jakoś specjalnie? Zgłosiłaś się do jakiegoś trenera?
— Wszystko robiłam po omacku. Pracując w mediach, nie mam czasu na pracę z trenerem, na regularne spotkania, bo nigdy nie wiem, o której skończy się mój dzień. Nie jestem w stanie dostosować się pod żaden plan. Wiadomo, żeby jeździć, trzeba jeździć, to jest podstawa i te kilometry gdzieś tam się wyrabia. Ten pierwszy wyścig to była taka lekcja pokory, ale i fantastyczna zabawa. Bez licznika, w zwykłych adidasach, w koszulkach „Olsztyn. Aktywnie!”.
Jak wtedy zobaczyłam tych ubranych profesjonalnie kolarzy, pomyślałam: co ja tu robię? Potem się okazało, że frajda była niesamowita. 40 kilometrów po płaskim Mazowszu poszło jak z płatka. To jest taka jazda, że nawet nie ma czasu pić — pedałujesz, pedałujesz, pedałujesz i... meta. A jak jest pod górkę? Wtedy zawsze przypominam sobie to, co mi kolega Tomek mówił: Natalia, jak jest pod górkę, to potem musi być z górki.

— Jak czułaś się w teamie jako jedyna dziewczyna?
— Koledzy się ze mnie nabijali, a okazało się, że ta Natalia jako jedyna z grupy wróciła z medalem. Kolejne starty były jeszcze w tym samym roku, już w maratonach organizowanych przez Cezarego Zamanę — Mazovia w Olsztynie i Purdzie. Było kiedyś coś takiego jak Gwiazda Północy — taki cykl maratonów. Od momentu pierwszego wyścigu po prostu się wkręciłam. W Purdzie był niesamowity wyścig. Pamiętam te krajobrazy, które można było podziwiać, te krowy pasące się na zboczach. To banał, ale świat widziany z perspektywy dwóch kółek wygląda naprawdę inaczej.

— I od tej pory nie miałaś ani sezonu przerwy?
— Nie jest tak, że mam cały kalendarz naszpikowany rowerowymi wydarzeniami, ale kilka razy w roku startuję — jak na amatorkę przystało. Za mną kilkanaście startów.

— Pierwszy wyścig w 2013 roku zakończyłaś medalem, ostatni w ubiegły weekend również. A co było pomiędzy?
— Często biorę udział w różnych rowerowych zawodach dla dziennikarzy i jest tam pewnego rodzaju nisza. Dziennikarki niezbyt chętnie się ścigają na rowerach, więc konkurencja nie jest aż taka duża. W klasyfikacjach bardziej ogólnych również zdarzały się medale. Teraz jestem starsza i nie jestem już tak szybka albo... konkurencja się zwiększyła (śmiech). W każdym razie pamiątkowe medale mam. Choć, jak mówi mój brat: „Na starość w skupie złomu dostaniesz za nie fortunę” (śmiech).

— To w jakim czasie jedzie się te 40 kilometrów?
— Około dwóch godzin, chociaż to zależy od trasy. Mazowsze jest szybkie, bo jest płaskie, ale na przykład teraz ten Kraków, Puchar Świata Dziennikarzy... Przyjechali zawodnicy z Ukrainy, Chin, Belgii, Norwegii. I to było prawdziwe kolarstwo górskie. Kobiety miały do przejechania dwie serie po 11 kilometrów. I te dwie rundy, czyli 22 kilometry, jechało się około dwóch godzin. Pot leciał ciurkiem. Ostre zjazdy, strome podjazdy, korzenie. Śmiałam się, że to są warunki tylko dla typowych harpaganów, czyli dużych i mocnych z natury ludzi, mających na dodatek mnóstwo czasu na treningi. Oni tam sobie radzili naprawdę świetnie, w czasie gdy cała reszta musiała prowadzić rowery.

— Miałaś taki moment w Krakowie, że już leciałaś na głowę? Że całe życie przeleciało ci przed oczami?
— Na głowę może nie, ale na bok już tak. A mam już tak pokiereszowany łokieć, że wolę nie ryzykować. Początki jadę bardzo zachowawczo, bo się boję. Traktuję rower zabawowo, amatorsko — to nie jest moja praca i szkoda jest mi się połamać, nie mam na to czasu. A potem, z biegiem czasu przyspieszam, już zaczyna mi być wszystko jedno, byle dojechać do mety. Im szybciej, tym lepiej. W trakcie wyścigu budzi się we mnie zadaniowiec, który jak najszybciej chce wykonać plan.

— Nigdy się nie poddałaś?
— Raz w życiu zeszłam z trasy i żałuję do dziś. Na dodatek prawie pod domem, bo w Mrągowie. To był 19-kilometrowy wyścig o Niedźwiedzią Łapę. Zaczął lać deszcz, zrobiło się straszne błoto i totalna ślizgawka. Trasa była bardzo trudna. Jeszcze kolega wcześniej pytał, na ile rund mnie zapisać i namawiał na jedną. Zdecydowałam się na dwie.

— W którym momencie w tym Mrągowie stwierdziłaś, że to koniec, że więcej nie dasz rady?
— Po pierwszej rundzie. Na dodatek robiłam z tego materiał, więc stwierdziłam, że ci najlepsi pewnie przyjadą szybciej cztery rundy niż ja te swoje dwie i nawet ich nie zdążę złapać. A poza tym błota miałam tak napchane w buty i w pedały, że już nic nie chciało działać. I miałam straszliwie poobijane o korzenie piszczele. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Miałam naprawdę dość, już podczas tych pierwszych 19 kilometrów wielokrotnie miałam ochotę upozorować swoje porwanie i po prostu rozpłynąć się powietrzu.
To jest taka prawdziwa walka z głową, kiedy nogi już odmawiają posłuszeństwa. Beton w udach, ból w placach, a ty masz jeszcze tyle kilometrów do mety... Trzeba mieć umysł ze stali. Ale jest frajda na mecie, jest adrenalina. Dlatego warto.

— Możesz chyba jeść, ile wlezie?
— Ostatnio mój zegarek wyliczył, że w ciągu tych 22 kilometrów spaliłam około 1500 kalorii. Czyli cały jeden dzień jedzenia spalasz w dwie godziny. Ale nie jest tak, że jem, co chcę. Uwielbiam Nutellę i żelki. Niestety, one lubią zalegać w „boczkach”. Jednak skoro uprawiam prawie sport ekstremalny, to mi się należy (śmiech). Bo trochę to sport ekstremalny jednak jest. Jedzie się szybko, a tu nagle uskok. I albo się leci, albo się frunie, albo się spada, albo diabli wiedzą, co...

— A znasz się na rowerach? Pieścisz swój rower niczym największy skarb?
— Kocham go jak przyjaciela, ale poza nałożeniem łańcucha, kiedy mi spadnie, niewiele potrafię zrobić (śmiech). Dlatego bardzo liczę na moich serwisantów. Wiele koleżanek odzywa się do mnie, abym im poradziła, jaki rower mają kupić. A ja naprawdę się na tym nie znam. Jednak przynajmniej wiem, do kogo odesłać (śmiech). W pracy koledzy mi ostatnio koła przykręcali, a ja na nic innego nie reagowałam — taka byłam skupiona na tym, co robią. Aż się zaczęliśmy śmiać, że jak na dziecko patrzę.

— Pierwsze sukcesy przyszły na rekreacyjnym rowerze, który kupiłaś, żeby już nie jeździć na rowerze koleżanki. Ale od tego czasu, po tylu wykręconych kilometrach, pewnie wielokrotnie zmieniałaś sprzęt?
— Mój pierwszy rower, którym pojechałam na zawody, był właśnie taki, jaki kupuje się dzieciom na komunię. Górski, ale zwykły, którym da się jeździć po lesie, i któremu przy standardowym użytkowaniu nic złego się nie dzieje. I tyle. Po czterech sezonach i kilku medalach kolega Krzysztof zaczął mnie męczyć: „Natalia, ty już zasłużyłaś na nowy rower. Należy ci się. Najpierw słychać twój rower, a potem dopiero widać ciebie. To wstyd” — mówił.
Z bólem się z nim rozstawałam. Był mały, zwinny i miałam do niego ogromny sentyment. Ten rower stoi cały czas w garażu. Śmieję się, że kiedyś będzie wisiał u mnie na ścianie jako pamiątka. Teraz mam bardziej profesjonalny. Co prawda strzela fochy, ale i tak go kocham. Bo z nas duet jest doskonały.
Agnieszka Porowska
a.porowska@gazetaolsztynska.pl

Komentarze (2)

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. PIT 1978 #2529964 | 37.47.*.* 3 lip 2018 14:12

    Natalia daje radę

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. emi ciocia #2522695 | 89.228.*.* 20 cze 2018 21:23

    Bardzo fajnie. Dziewczyna na medal !

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz