Pozytwni z Dobrego Miasta i nordic walking

Autor zdjęcia: J.Konieczny/GO

Podziel się:

Zrobię wszystko, aby usłyszał o nas cały świat. Nasze tereny na to zasługują — podkreśla prezes stowarzyszenia Pozytywni Dobre Miasto. Na Warmii zawody nordic walking traktowano do tej pory po macoszemu. Brak kategorii wiekowych, brak podziału na płeć. Ale coś zaczyna się zmieniać. Z Jackiem Jasiukiewiczem, prezesem Pozytywnych i utytułowanym zawodnikiem nordic walking, rozmawia Agnieszka Porowska

— Pozytywnych Dobre Miasto widać wszędzie! Nie ma chyba żadnej imprezy sportowej na Warmii i Mazurach, gdzie by was nie było. Jakie były wasze początki?
— W przyszłym roku obchodzimy 10-lecie istnienia. Najpierw byliśmy grupą nieformalną, a od czterech lat działamy jako stowarzyszenie zarejestrowane w KRS. Pierwszym celem naszego działania były kąpiele morsów, ale po kąpielach w zimnej wodzie nasi ludzie dostawali dodatkowej energii, więc trzeba się było wziąć za inne aktywności po to, żeby tę energię spożytkować (śmiech). Można powiedzieć, że rozszerzyliśmy działalność dzięki szalejących w nas endorfinach.

— I czym się zajęliście?
— Nasze cele statutowe są takie, żeby aktywizować społeczeństwo. Chcemy działać na rzecz społeczności lokalnej, zajmujemy się promocją Warmii. Ale nie tylko sam sport się dla nas liczy, staramy się kultywować tradycje ludowe. Na przykład 24 czerwca organizujemy Noc Świętojańską. Robimy też imprezy charytatywne, ale oczywiście ze sportem w tle. Biegamy — również ekstremalnie i z przeszkodami, chodzimy z kijami.

— Wasza działalność jest cykliczna.
— Tak. Mamy plan imprez, które odbywają się co roku. Sezon morsowy zaczynamy w październiku, kończymy w kwietniu. W styczniu robimy Ogólnopolską Karnawałową Noc Morsów. To już sześcioletnia tradycja. Nad nasze jezioro Limajno koło Dobrego Miasta potrafi przyjechać 500-600 osób. Jak na warunki lądowe i jeziorne, to jeden z największych w Polsce morsowych zlotów. Na arenie ogólnopolskiej dobrze radzi sobie jeszcze Biskupiec. Tylko oni kąpią się w dzień, a my w nocy. Na przełomie marca i kwietnia przychodzi czas na Twardą Sztukę.

— Czyli?
— To charytatywny bieg ekstremalny z przeszkodami. Odbywa się na naszym stadionie miejskim. To różnego rodzaju zasieki, skakanie przez ogień. W tym roku miał 5 kilometrów.

— Czyli z zasadzie to taki bieg prawie dla każdego. Myślę o udziale w jakimś biegu z przeszkodami, ale przyznam, że na przykład Runmageddon czy Barbarian Race trochę mnie przerażają.


— Więc na początek zapraszamy do nas. Runmageddon wymaga już dużej zręczności i sprawności. My stopień trudności przeszkód ustawiamy tak, aby każdy mógł je pokonać. Po prostu ludzie bardziej wysportowani zrobią to szybciej, mniej sprawni wolniej, ale nie napotkamy na trasie przeszkód, których zupełnie nie będzie jak „ugryźć”.
U nas nie trzeba wykonywać żadnych strasznych akrobacji. Można się delikatnie sprawdzić, wziąć rozpęd przed tymi bardziej zaawansowanymi biegami. Impreza zawsze ma wymiar charytatywny. Raz organizowaliśmy ją pod hasłem „Podaj łapę” i zbieraliśmy pieniądze na psy, w tym roku hasłem biegu było „Wygrać z Parkinsonem” dla chłopaka, który choruje właśnie na Parkinsona. Zbieraliśmy środki na jego niestandardowe leczenie za pomocą marihuany. Przed nami Noc Świętojańska — wszystko odbędzie się zgodnie z obrzędami: poszukiwanie kwiatu paproci, taniec przy ognisku, puszczanie wianków, warsztaty z ich plecenia. Szczegóły znajdują się na naszej stronie na Facebooku.

— A we wrześniu będzie coś wyjątkowego. Coś, czego w poprzednich latach jeszcze nie było.
— Jako Pozytywni Dobre Miasto jesteśmy wielkimi orędownikami i propagatorami chodzenia z kijami. Ja osobiście jestem zawodnikiem nordic walking. Jeżdżę na zawody po całej Polsce. I wszystkich w regionie namawiam, aby za ten sport się brali.
A wrzesień to „Człowiek z żelaza”, czyli 15 kilometrów wokół naszego ukochanego jeziora Limajno. To trasa crossowa, przepiękne widoki. Jeśli ktoś lubi sport i naturę, czyli lubi się męczyć w przepięknych okolicznościach, będzie to dla niego coś wspaniałego. Impreza jest już znana, ale po raz pierwszy robimy to przy okazji Grand Prix Warmii. Dostaliśmy taką propozycje od organizatora głównego — Lasów Państwowych. Pierwszy etap Grand Prix Warmii odbył się tydzień temu w Wichrowie. Drugi etap odbędzie się 16 czerwca w podolsztyńskich Kudypach. A my robimy nasz trzeci etap 23 września. Ostatni odbędzie się natomiast 30 września w Lidzbarku Warmińskim.

— Mam wrażenie, że w naszych stronach nordic walking do tej pory było traktowane po macoszemu.
— Pierwszy raz na Warmii nordic walking będzie tak samo ważne jak bieganie. Będą kategorie wiekowe jednakowe, tak jak dla biegaczy, będzie taki sam pomiar czasu, Superczas się tym zajmie. Do tej pory nordic walking traktowany był tylko jako taki dodatek do imprez biegowych. Wszyscy startowali w kategorii open, bez podziału na płeć. Teraz będzie jak trzeba — dobre nagrody, profesjonalne statuetki, piękne medale. Żadnej amatorszczyzny, żadnej prowizorki.

— Nordic walking w Polsce jest bardzo popularne, ale u nas — może właśnie przez brak profesjonalnych zawodów — aż tak tego nie widać.
— Od kilku lat uczestniczę w różnych imprezach w Polsce, jeżdżę na puchary i mistrzostwa Polski. Na każdych tego typu zawodach stawia się po 500 osób i to z całego świata. 30 czerwca trzy osoby z naszego stowarzyszenia jadą na mistrzostwa świata, które w tym roku odbywają się w podpoznańskiej Mosinie.
Skoro zawody na taką skalę są w Polsce organizowane, więc dlaczego Warmia nie mogłaby kontynuować tych tradycji? Koniecznie musimy ją zaktywizować! Gdy biegamy po lesie czy jeździmy na rowerach, widzimy, że ludzi z kijami jest naprawdę mnóstwo. Tylko cały czas są w cieniu, każdy sobie rzepkę skrobie, a trzeba się zjednoczyć i zorganizować! Chcemy zawodów, chcemy być widoczni! Większość chodzących nie ma poczucia wartości tego sportu.

— Mówi się, że nordic walking jest nawet bardziej wymagające niż bieganie.
— Oprócz tego, że na trasie musimy walczyć z własną kondycją, to jeszcze trzeba utrzymywać technikę. W bieganiu obojętne jest, czy się biegnie krzywo, czy się biegnie prosto. Byle jak najszybciej do celu. Nikt nie ocenia pracy nóg, a tym bardziej rąk. A jak ktoś się zatrzyma i podejdzie kawałek, to też jest liczone jako bieg. Tu bardzo liczy się technika. Z tego względu nazwałbym nordic walking sportem szlachetnym. Tak pięknych tras, jak my tu mamy, nie ma nikt w Polsce. Nawet Pomorze się chowa. W kraju są zawody, gdzie chodzi się po chodnikach, po miastach. My nie musimy iść na takie ustępstwa. Mamy warunki na to, aby nawet Olsztyn stał się stolicą nordic walking. Jeszcze nic straconego.

— Nordic walking nie zna ograniczeń wiekowych.
— Kategoria 70 plus lub nawet 75 plus jest obstawiona równie dobrze jak te młodsze. Stefan Szymański z podolsztyńskich Kieźlin w swojej kategorii 70 plus jest mistrzem Europy! Jego żona Lucyna to również bardzo utytułowana zawodniczka. Państwa Szymańskich w Kudypach teraz nie będzie, mieli już wcześniej zaplanowane imprezy z cyklu pucharu Polski. Ja w tym roku postanowiłem odpuścić kilka markowych imprez właśnie na rzecz tych inicjatyw lokalnych. Ktoś musi się zaangażować, aby to wszystko zorganizować i wypromować. Samo nic się nie zrobi. Na razie trudno nam ściągnąć doświadczonych zawodników, bo o zawodach na Warmii jeszcze mało kto słyszał. Te pierwsze imprezy to nie będzie nie wiadomo jaki szał. Ale na pewno się rozkręcimy. Kilku zawodników z pierwszej ligi udało się namówić. Mam nadzieję, że za ich przykładem pójdą inni. Zrobię wszystko, aby usłyszał o nas cały świat. Nasze tereny na to zasługują!

— Z kijkami chodzi więcej kobiet czy mężczyzn?
— Zdecydowanie kobiet. Facetów jakoś trudniej namówić. Ja sam o nordic walking miałem mylne mniemanie, nie myślałem o nim w kategoriach prawdziwego sportu. Nordic walking kojarzył mi się tylko z takimi naprawdę wiekowymi już paniami i tym, że kije bardziej służą im do podpierania, niż do prawdziwej aktywności. Ale szybko zweryfikowałem swoje poglądy. Teraz już wiem, że to sport wymagający siły, kondycji, skupienia i odpowiedniego rytmu. To sport pierwsza klasa!

— A pan zawsze był taki aktywny? Na swoim koncie ma pan sporo tytułów. Podejrzewam, że to się nie wzięło znikąd.
— Zawsze starałem się ruszać. Jestem byłym karateką. Trenowałem chyba z ćwierć wieku. Jak założyłem rodzinę i pojawiły się dzieci, również zawsze zachęcałem je do sportu. Gdy znudziło mi się obijanie kości, wziąłem się za bieganie. Ale jak się bierze za bieganie po 40-tce, to trzeba się liczyć z kontuzjami. I ja je miewałem. I tak trafiłem na nordic walking. W ręce dobrej instruktorki z Dobrego Miasta, która pokazała mi technikę. Gdy ktoś zaczyna z nordic walking, porady eksperta są bardzo ważne. Gdy ktoś nauczy się źle chodzić, to potem trudno te złe nawyki wyplenić. A trzeba pamiętać, że prawidłowa technika w zawodach daje szybkość.

— A morsem kiedy pan został?
— Dziesięć lat temu i chwilę później powstało stowarzyszenie Pozytywni Dobre Miasto. Można powiedzieć, że taki sobie wtedy prezent na 40-kę zrobiłem — pierwszą kąpiel z zimnej wodzie. W tym roku kończę 50 lat i też muszę coś wymyślić. Może szarpnę się na jakiś maraton (śmiech)?

— Hasło Pozytywnych brzmi: „Ludzie nie dlatego przestają się bawić, bo się starzeją, ale dlatego się starzeją, bo się przestają bawić”.
— Dlatego my tej zabawy nie unikamy. Nasza organizacja ma charakter sportowo-charytatywno-rozrywkowy. Nie można życia zbyt poważnie traktować. Nie można patrzeć cały czas w telewizor, gdzie jest wiele smutnych wiadomości. Trzeba wyjść z domu, spotkać się z innymi. Aktywni fizycznie ludzie są bardziej otwarci. My, gdy spotykamy się w naszej grupie Pozytywni Dobre Miasto, raczej nie opowiadamy sobie o problemach. Lubimy tańczyć i lubimy się przebierać, bo morsy zawsze się przebierają. Bierzemy udział w zlotach — na styl piracki, kowbojski. Chcemy zarażać innych optymizmem i pozytywnymi emocjami. Nasza nazwa zobowiązuje.

— Jakie są wytyczne, aby zostać Pozytywnym?
— W naszym gronie są nauczyciele, urzędnicy, bezrobotni. Ludzie piszący, tańczący, grający. W stowarzyszeniu mamy teraz 96 osób, ludzie chętnie wstępują w nasze szeregi. Najmłodszy Pozytywny ma 12 lat, najstarszy zbliża się do 80-tki. Żeby zostać członkiem stowarzyszenia, warunek jest jeden: chociaż raz w sezonie zimowym, który trwa od października do kwietnia, trzeba wejść do wody. Poza tym ludzie mają różne potrzeby, różne zainteresowania. Gdy kogoś coś zainteresuje i nam o tym opowie, staramy się zrobić wszystko, by mu pomóc rozwinąć jego pasję. Gdy ktoś lubi kajaki, organizujemy spływ kajakowy, bo wśród tych ponad 90 osób należących do stowarzyszenia zawsze znajdą się chętni. Gdy ktoś kocha siatkówkę, rzucamy wyzwanie sąsiedniemu klubowi Morsy Dywity i rozgrywamy mecz. A na przykład w tę niedzielę gramy mecz paintballa. Cały czas się coś dzieje. Wystarczy tylko mieć pomysł i chęci.

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB