Moje stopy aż się palą do chodzenia

2018-07-14 12:00:00 (ost. akt: 2018-08-09 13:27:05)
Małgorzata Bem

Małgorzata Bem

Autor zdjęcia: archiwum prywatne

Podziel się:

W podpoznańskiej Mosinie obyły się w mistrzostwa świata w nordic walking. Małgorzata Bem, olsztynianka, wróciła z tych zawodów ze srebrnym medalem. – Pobiłam swój rekord życiowy i niespodziewanie wdrapałam się na podium – mówi skromnie.

— Jest pani wicemistrzynią świata nordic walking na dystansie 21 km w kategorii kobiet 40+. Nie szkoda tego złota?
— Pojechałam do Mosiny, żeby móc się pochwalić, że wzięłam udział w mistrzostwach świata (śmiech). Nieczęsto zawody tej rangi odbywają się w Polsce. Trzeba było skorzystać z okazji. Żadnych planów i założeń nie było. Chciałam wziąć udział ze względu na rangę i prestiż tych zawodów. Wraz z kolegami z Pozytywni Dobre Miasto braliśmy udział w różnych mniejszych zawodach i w końcu przyszedł czas na prawdziwy hit! Było tam 550 zawodników z 14 krajów.

— Co zrobiło na pani największe wrażenie?
— Oczywiście ich międzynarodowy charakter. Wielość języków. Przebijający się wszędzie angielski. No i bardzo restrykcyjne podejście sędziów do techniki. Sypały się żółte i czerwone kartki. Nam udało się ich uniknąć.

— Właśnie, musiałyśmy przełożyć naszą rozmowę, bo miała pani lekcję angielskiego.
— Tak, z tej imprezy wróciłam jeszcze bardziej zmotywowana, żeby się go uczyć. Gościem honorowym mistrzostw był twórca i główny propagator nordic walking na świecie — Marko Kantaneva z Finlandii. Miło było mieć odwagę i możliwość zamienienia z nim kilku słów po angielsku. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Dopingował nas przy starcie, wręczał medale, potem był przy dekoracji. Uśmiechnięty, zarażający optymizmem człowiek, a przecież o Finach mówi się, że są tacy zimni. Widocznie sport łagodzi obyczaje (śmiech).

— Z Pozytywnych Dobre Miasto pojechały na mistrzostwa trzy osoby.
— Tak. Ja i dwóch kolegów — Jacek Jasiukiewicz i Krzysztof Młyński. Wszyscy ustanowiliśmy swoje rekordy życiowe, a ja niespodziewanie wdrapałam się na podium. Pobiłam swój rekord życiowy aż o 10 minut! Jak sobie chodzę na treningach, to na tych 21 km potrafię „się wlec” nawet i trzy godziny. Ale zawody, ten dreszczyk emocji i rywalizacji, to zupełnie inna bajka. Włącza mi się automat. Jak idę i widzę, że ktoś jest przede mną, dostaję nagłego przypływu sił i robię wszystko, żeby go wyprzedzić. A jak już czuję czyjś oddech na plecach, też robię wszystko, żeby mnie nie dogonił.
W nordic walking jestem zacięta. Samotne treningi są fajne, ale dobrze jest co jakiś czas się skonfrontować. Nigdy nie sądziłam, że moja ostatnia konfrontacja da mi aż tak znakomity czas — 2 h 34 min. Poza tym wszystko jeszcze zależy od ukształtowania terenu. Wielkopolska jest dość płaska, my otrzaskaliśmy się na naszych warmińskich górkach.

— Może czas przerzucić się na dłuższe dystanse?
— Za nami już jeden maraton w tym samym składzie, który odbył się w tym roku w Jastrowiu. Ale tam naprawdę już było ciężko. Dystans 21 km na razie bardziej mi odpowiada. Choć gdy po tym marszu zdjęłam buty, okazało się, że skarpetki są przetarte na wylot. Zupełnie tego nie czułam, nie czułam po drodze żadnego dyskomfortu. Można powiedzieć, że moje stopy aż się palą do chodzenia, skoro nawet skarpetki puściły z dymem (śmiech). Na mistrzostwa świata kupiłam sobie pierwsze profesjonalne buty, sprawiły się świetnie. Gdybym wiedziała, że buty mają aż takie znaczenie, kupiłabym je wcześniej. Maraton w Jastrowiu przypłaciłam okropnymi bąblami.
Jacek zastanawia się już nad ultramaratonem z kijami. Podczas ultramaratonu Warneland, który odbył się w maju w Olsztynie, oprócz biegaczy pojawił się na nim również jeden zawodnik nordic walking. To chyba Jacka tak zachęciło. Ja na razie jestem sceptyczna, ale to może się zmienić.

— Pamięta pani swój pierwszy marsz z kijami?
— Oczywiście, bo nie jestem doświadczoną zawodniczką. Zaczęłam trenować dopiero dwa lata temu. Poszłam na przechadzkę z Pozytywnymi Dobre Miasto. Przekonało mnie to, że szli w fajnej, zgranej grupie, bardzo różnorodnej wiekowo. Pomyślałam, że skoro seniorzy dają radę, to może dam i ja.

— Jest pani w Pozytywnych Dobre Miasto, ale mieszka pani w Olsztynie.
— Nasze drogi przecięły się dzięki morsowaniu. Znalazłam ogłoszenie, że w Dobrym Mieście organizowana jest impreza z okazji Tłustego Czwartku. Postanowiłam pojechać. I zostałam tam do dziś. To znaczy mentalnie (śmiech), bo fizycznie wciąż się przemieszczam na tarasie Olsztyn — Dobre Miasto. Minimum raz w tygodniu staram się wziąć udział w jakimś treningu czy choćby spotkaniu towarzyskim. Ujęła mnie atmosfera tych spotkań i otwartość ludzi. Co chwilę robimy coś innego. Spływy kajakowe, golf, a ostatnio umówiliśmy się na konie. Dodatkowo 23 września organizujemy event biegowo-kijkowy, zapraszamy wszystkich chętnych. Szczegóły są na naszym profilu na Facebooku.

— Od dawna jest pani morsem?
— To również dość świeża historia mojego życia, która zaczęła się cztery lata temu. Moja koleżanka wlazła do zimnej wody... i przeżyła (śmiech). Pozazdrościłam jej, trochę wjechała mi na ambicję. Szybko do niej dołączyłam i bardzo mi się spodobało. Najciekawsze jest to, że zawsze byłam zmarźlakiem, miałam się za osobę nieodporną na zimno. Zawsze się śmiałam i upominałam rodzinę: „Jakby co, pochowajcie mnie w ciepłym ubraniu”. Odkąd stałam się morsem, zdecydowanie zwiększyła się moja tolerancja na zimno. Już nie ubieram się na cebulkę i nie wydaję kolejnych instrukcji rodzinie (śmiech). O nordic walking zaczęłam na poważnie myśleć w związku z moim umiłowaniem do słodyczy. Chciałam bezkarnie zjadać czekoladki. I faktycznie, gdy dużo się ruszam, waga nie jest moim problem.

— Gdzie w Olsztynie pani trenuje?
— Wypuszczam się do Lasu Miejskiego mniej więcej trzy razy w tygodniu. Jak nie kije, to jakiś bieg. To niesamowita odskocznia od codzienności. Nie potrafiłabym żyć tylko pracą. Podczas przebieżek wszystkie negatywne myśli wywiewają z głowy. Naprawdę warto spróbować. A jak się zobaczy jakąś sarenkę przeskakującą przez drogę albo bawiące się wiewiórki, to już w ogóle pełnia szczęścia. Dużo chodzę nad jeziorami, zaczynam od plaży miejskiej i idę przez Łupstych aż do Gutkowa i z powrotem. Na takim treningu spokojnie te 21 km zrobię.

— Przez te dwa lata ćwiczeń wielokrotnie zmieniała pani sprzęt?
— Na początku kupiłam najprostsze i najtańsze kije. Szybko okazało się, że nie nadają się do nordic walking, bo to były kije trekkingowe — przydatne np. w górach. Więc szybko poszły w kąt. Potem jedne się wykrzywiły, drugie się wykrzywiły. I w końcu poszłam po rozum do głowy — kupiłam już markowe, droższe. Ale opłacało się, służą mi od półtora roku. Z nimi zdobyłam wicemistrzostwo świata. Mają specjalne rękojeści, które nie mają tych zagłębień na palce. Poza tym mają specjalną rękawiczkę zamiast paska, która dobrze trzyma rękę. Ale jeden z tych krzywych kijów też się czasem przydaje, ale tylko do wieszania nowych medali (śmiech).

— Rodzina tylko dopinguje czy też z panią ćwiczy?
— Córkę cały czas namawiam i czasem nawet się gdzieś ze mną przejdzie. Ale nie za często. Wspaniałym chodziarzem byłby straszy syn, bo widzę, że biologicznie zaprogramowany jest na szybkie chodzenie, ale na razie pochłania go tyle innych pasji i mówi, że nie ma czasu na nordic walking.

— Czy gdyby ktoś kilka lat temu powiedział pani, że zostanie pani wicemistrzynią świata...
— ...to oczywiście nie uwierzyłabym. Nordic walking zmienił mnie jako osobę. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. To świetny sport dla osób, które mają problemy z kręgosłupem. Miałam grupę niepełnosprawności na kręgosłup, budziłam się w nocy z bólu. Im częściej chodzę, tym mniejsze są dolegliwości.
Agnieszka Porowska

Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB