Robert Karaś mistrzem i rekordzistą świata w potrójnym Ironmanie!

2018-08-14 17:00:00 (ost. akt: 2018-09-06 15:00:38)

Autor zdjęcia: arch.prywatne

Podziel się:

Gdy w ubiegłym roku został rekordzistą świata na dystansie podwójnego Ironmana, mało kto o tym mówił. Gdy 29 lipca tego roku w Niemczech pokonał wszystkich na dystansie potrójnego, usłyszał o nim cały świat. W ciągu 30 godzin przepłynął ponad 11 km, przejechał na rowerze 540 km i przebiegł 126 km. Z Robertem Karasiem, najbardziej wytrzymałym człowiekiem świata rozmawia Agnieszka Porowska.

— Doszedłeś już do siebie? Czy cały czas mięśnie bolą, a w głowie huczy: Jestem rekordzistą świata na dystansie potrójnego Ironmana, podobno najbardziej wytrzymałym człowiekiem na świecie?
— Fizycznie jest już ze mną wszystko w porządku, ale psychicznie nie, bo cały czas gadam i gadam o tym triathlonie. Zupełnie od niego nie odpocząłem, a minęło już 1,5 tygodnia. Przecież ja już za 3-4 dni muszę wrócić do treningów. Ale dziś jeszcze tylko trzy wywiady i spotkania (rozmawialiśmy w środę 8 sierpnia — red.) i od jutra wyłączam telefon.

— A nie możesz tego choć trochę przeciągnąć? Każdy powie: „Tyle się napracowałeś, tyle już zdobyłeś, należy ci się porządny odpoczynek”. No bo co w zasadzie by się stało gdybyś zaczął tydzień później?
— Zawsze po głównym starcie robiłem maksymalnie dwutygodniową przerwę od treningów i wiem, że dłużej nie ma sensu. Jestem już w 100 proc. zregenerowany, więc nie ma co tracić czasu. Potem trzeba dużo odrabiać, wypada się z rytmu.



— Widziałam cię w telewizji od razu po zawodach i nie było w tobie triumfu. Szczerze mówiłeś, że sam się zastanawiasz nad zasadnością takich wyczynów i że było tak ciężko, że czasami nie wiedziałeś, po co to wszystko. Przyznałeś, że z ostatnich kilkudziesięciu kilometrów niewiele pamiętasz....
— Z perspektywy czasu uważam, że generalnie wyścig był ok. Aż do momentu pierwszych kryzysów wszystko szło zgodnie z planem, nie było po drodze żadnych nietypowych przygód i załamań psychicznych. Ale w połowie biegu, na sześćdziesiątym kilometrze zacząłem intensywniej myśleć, ile jeszcze przede mną i faktycznie mnie to podłamało. Ale zacząłem oszukiwać umysł, podzieliłem sobie ten odcinek na mniejsze etapy i myślałem już tylko potem o tych konkretnych krótszych odcinkach. I że po każdym etapie będę miał nagrodę w formie krótkiego masażu. Głowa mi jakoś odtajała i jakoś dałem radę to ukończyć. Nie byłem jakoś mocno zniszczony „na płucu” czy mięśniowo, ja po prostu byłem mocno przegrzany i wycieńczony przez pogodę. To była ogromna walka z psychiką.

— I jak to wszystko od środka wyglądało?
— Najpierw pływanie w basenie. Co 2 kilometry miałem stację żywieniową — tam na kilka sekund się zatrzymywałem, żeby spożyć posiłek i schłodzić głowę. Potem 540 km na rowerze na pętlach 8-kilometrowych. Takich pętli było 67. Co pętlę jadłem, piłem i się chłodziłem. Cały czas restrykcyjnie tego przestrzegałem. Różnica poziomów wynosiła około 3 km, więc trzeba było pokonać sporo pagórków. Jedno zatrzymanie na rowerze było gdzieś w okolicach 400 km, kiedy musiałem założyć oświetlenie — takie lampki, żeby mnie sędziowie i przeciwnicy widzieli. Mechanik szybko się uwinął i pognałem dalej praktycznie bez przerwy. Rower zajął około 15 godzin. Podczas biegu miałem te 3 przerwy na masaże po 2-3 minuty każda, a tak to cały czas byłem w ruchu. Jedzenie w biegu, schładzanie w biegu. Nie było żadnych przejść do marszu.

Robert Karaś wraz z żoną na Balu Sportu i Biznesu

— A przeciwnicy? Przez jakiś czas biegłeś w jakiejś zwartej grupie? Mijaliście się, wyprzedzaliście? Czułeś oddech konkurencji na plecach?
— Od samego początki miałem przewagę i potem sukcesywnie powiększałem ją do końca wyścigu. Bardziej walczyłem z czasem i samym sobą. Choć rywalizację z innymi też się czuje, bo nigdy nie wiesz do końca co się stanie z tobą. Czy nagle ze zmęczenia nie będziesz musiał usiąść i odpocząć. Ludzie skrajnie się wyczerpują na o wiele krótszych dystansach. Do końca na 100 proc nie wiedziałem, że wygram, ale wiedziałem, że powiększam przewagę. I to mnie bardzo motywowało. Nie spoczywałem na laurach.

— Ty biegłeś, a wokół ciebie cały sztab zaufanych bliskich ci ludzi.
— Poczucie bezpieczeństwa i bliskości z innymi jest wtedy bardzo ważne. Trzeba od czasu do czasu zobaczyć na trasie jakąś znajomą twarz. Mój support składał się mojej żony Natalii i z trzech przyjaciół. Każdy miał tam przydzielone funkcje — jeden podawał bidon do chłodzenia, drugi podawał pożywienie, trzeci pytał, jak się czuję i podawał stratę albo zysk w stosunku do innych zawodników. Jak się źle czułem, to zdawałem relację, że na przykład potrzebuję czegoś innego do picia albo gdy łapały mnie skurcze, to dokładali elektrolitów do jedzenia.

— Jak wyglądało twoje życie na kilka miesięcy przed potrójnym Ironmanem?
— To były trzy treningi dziennie. Zaczynałem basenem o 6 rano, potem — w zależności od pogody — jeśli nie padało to szedłem biegać. Rower mogę zrobić zawsze w domu. Raz w tygodniu robiłem trening zakładkowy — taką symulację wyścigu, czyli z pływania na rower z roweru na bieg. Na co dzień trenuję 3 razy dziennie 6 razy w tygodniu. Niedziela przeważnie jest czasem na regenerację.

— Czyli sobotnia imprezka raczej nie wchodzi w grę? Przy takim trybie życia jest miejsce na jakiekolwiek używki? Choćby tak niewinne jak kawa?
— Kawa jest codziennie. A alkohol w każdą sobotę. I robię to, bo uważam, że pomaga mi to w osiągnięciu wyniku. Musi być rozluźnienie i rozprężenie, żeby również głowa trochę odpoczęła. I nabrała mocy na kolejny tydzień. Gdybym cały czas się zarzynał i wszystkiego sobie zabraniał, to byłbym tym sfrustrowany. I wynik by nie przyszedł. A względnym luzem przyciąga się same dobre rzeczy.

— Gdy rozmawialiśmy zimą, twoim marzeniem był Ironman na Hawajach. Nie pojechałeś na niego w tym roku, bo nie znalazłeś sponsorów, dlatego wybór padł na bliższe zawody w Niemczech. Ale za kilka dni zaczynasz przygotowania do przyszłorocznego wyścigu hawajskiego. Czy to znaczy, że już wiesz na pewno, że tam pojedziesz?
— Tak do końca jeszcze nie wiadomo, czy jadę, bo nie mam jeszcze kwalifikacji. Ale czuję, że wszystko się ułoży i pojadę. We wrześniu zaczynam przygotowania pełną parą. Znaleźli się sponsorzy i dzięki temu udało mi się zrealizować to, o czym marzyłem. Będę miał spokojną głowę do treningu i nie będę przejmował się pieniędzmi.

— Tę zimę też spędzisz na Gran Canarii
— Zimę ostatnich dwóch lat zawsze spędzam na Gran Canarii i tam czuję najwyższą formę, którą potem po powrocie do Polski trudno jest utrzymać, bo nie ma tu takiego zaplecza treningowego. Ale teraz pojawiła się możliwość, żeby przetrenować tam już cały sezon i wtedy to już do tego hawajskiego Ironmana będę reprezentował jeszcze wyższy poziom.

— Czyli się go wcale nie obawiasz, pewniaku?
— Nie. Będę robił wszystko, żeby znów mi się udało. Mówią, że jak potrafisz o czymś marzyć, to potrafisz też to spełnić i ja w to głęboko wierzę.

— Myślisz czasem o końcu kariery?
— Założyłem triathlonową drużynę amatorską i to jest teraz moje główne źródło utrzymania i na pewno będę trenerem. Już teraz nim jestem, a po zakończeniu kariery poświęcę się temu całkowicie.



— Nawiązałeś współpracę z Zakonem Maltańskim Ekstremalnie i Fundacją „Przyszłość dla Dzieci”. Byłeś twarzą tegorocznej zbiórki pieniędzy. Ludzie zakładali się o twój wynik i kupowali kilometry. A wszystko w szczytnym celu...
— Gdy pan Tarnowski zgłosił się do mnie, poczułem dumę, że swoją twarzą i działalnością mogę firmować tak doniosłe wydarzenie. Do ultatriathlonu szykowałbym się i tak, taka moja praca. Natomiast jeśli przy okazji mogłem komuś pomóc, to dodatkowo mnie to motywuje i uszczęśliwia. Zbieraliśmy na dzieci i niepełnosprawnych. Z tego, co wiem, akcja się jeszcze nie skończyła, wiele osób dowiedziało się o niej, gdy ja już tego potrójnego Ironmana zrobiłem i żeby to uczcić, zdecydowali się na wpłaty dla tych najbardziej potrzebujących. Pieniądze wciąż spływają.

— A jak odpoczywasz, to co w zasadzie robisz?
— Tak normalnie to poszedłbym sobie na kosza. Po każdym starcie mamy tak ze znajomymi, że nie gadamy o triathlonie i odcinamy się od wszystkiego, żeby zresetować głowę. A teraz nie mam zupełnie na to czasu. Trwa tour po mediach i nie pracuję co prawda ciałem, ale językiem, bo cały czas gadam i gadam. Bycie popularnym, a to się właśnie w moim życiu ostatnio zadziało, to wcale nie jest taka prosta robota (śmiech). Psychika jest jeszcze obciążona. Dlatego w najbliższych dniach odcinam się już zupełnie od świata. Muszę się zregenerować psychicznie. Pojedziemy z Natalią do jakiegoś SPA. Pozamykamy się na wszystko, trzeba odetchnąć.

— A te ostatnie dni przed startem wyglądały jakoś inaczej? Denerwowałeś się jakoś szczególnie? Miałeś sny, że biegniesz i biegniesz ?
— Nie, ja po prostu starałem się nie myśleć, jak długi jest dystans. Bo jak człowiek sobie myśli o tych liczbach i wyobraża to sobie, wizualizuje to wszystko na podstawie odległości między konkretnymi miastami, to aż go to przeraża. Więc po prostu skupiałem się na treningu, trenowałem do końca. A na wyścigu skupiałem się na tym, żeby wszystkiego pilnować: nie przekraczać prędkości czy generowanej mocy na rowerze, pilnować odżywiania, nawadniania i chłodzenia. Zaprogramowałem się na małe zadania, starałem się nie myśleć całościowo. Nie dopuszczałem do głowy, ile tego wszystkiego jest, bo chyba bym usiadł i płakał (śmiech). Teraz właśnie jadę z Krakowa do domu, czyli takie 550 km, które przejechałem na rowerze, i zastanawiam się, jak ja to zrobiłem.

— Zawsze byłeś aktywny.
— Byłem pływakiem. Specjalizowałem się w wyścigach krótkich. 50 metrów stylem grzbietowym. Ale samo pływanie było za nudne.
Byłem młody i nie wiedziałem, czego chcę. Opuszczałem treningi. Triathlon odkryłem, oglądając w internecie filmiki. Zobaczyłem, jak to ludzie na kolanach wchodzą na metę i padają z wycieńczenia. Pomyślałem, że chcę sprawdzić, czy to faktycznie takie trudne.

— I co?
— Mój pierwszy profesjonalny triathlon w 2012 roku ukończyłem jako drugi. Od tej pory stale podnoszę sobie poprzeczkę.

— Cała twoja rodzina uwielbia sport i wyzwania. Kilka tygodni temu miałam przyjemność rozmawiać z twoją mamą Beatą Karaś, która jest jedyną do tej pory kobietą, która przepłynęła Zalew Wiślany. I ma ochotę na więcej.
— Moja mama zaraziła się sportem, gdy mój brat Sebastian (rekordzista, pływak długodystansowy, przepłynął wpław kanał La Manche, a także z Bałtyk z Kołobrzegu na Bornholm — red.) zaczął odnosić pierwsze sukcesy. Potem ja się zacząłem w to bawić, a potem moja siostra. Mama z siostrą zaczęła startować w zawodach amatorskich, a my z Sebastianem zaczęliśmy robić to zawodowstwo.

— Ty pierwszy przeskoczyłeś w triathlon, brat pozostał przy pływaniu. Ale podobno Sebastian też zaczyna z powodzeniem startować z zawodach triathlonowych. Może stanie się twoim najzacieklejszym konkurentem?
— Sebastian też już porzucił pływanie, posmakował triathlonu i to jest to, co teraz faktycznie chce robić. Na razie jestem jego trenerem. Pierwszy sezon ma za sobą, w przyszłym sezonie wejdziemy w połówki, a za dwa lata w Ironmana

— Dwa ścigające się ze sobą na trasie Karasie, to by było coś!
— Taki jest plan i tak zrobimy!




Komentarze (0)

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB